46. KONIEC

Ciepłą dłonią przesunęła delikatnie po moim policzku. Słyszałem jak głośno bije jej serce, jak przyspieszony oddech z wolna wyrównuje się. Jej palce powoli sunęły po moim torsie, po brzuchu, zataczała koła i wciąż nie przestawała całować mnie czule gdzie popadło, w ramię, w policzek, w czoło. Wsłuchiwałem się w ciszę jak w najpiękniejszą muzykę na świecie, a jej cichy oddech był niczym uzupełnienie tej melodii. Kochałem ją, z dnia na dzień coraz bardziej, o ile to było w ogóle możliwe. Uśmiechnąłem się przesuwając głowę na tyle by móc spojrzeć w jej orzechowe oczy. A w jej oczach widziałem tyle szczęścia, tyle miłości ile nie otrzymała przez całe życie.
– Kocham cię, wiesz? – szepnęła z takim uczuciem, że zapragnąłem znów wtulić się w jej nagie ciało, wodzić dłońmi po rozpalonej skórze, czule całować różane wargi. A świadomość, że Hermiona była moja i tylko moja, nikogo więcej była najpiękniejszym dowodem na to, że świat nie musi być taki do końca zły.
– Czuję i wiem – odparłem, gładząc jej piękne, pachnące kwiatowym szamponem włosy. Odgarnąłem kilka pasem z czoła. Była taka piękna. Jak ciepły poranek w zimowe dni, jak drobny deszcz w czasie suszy, niczym samotny kwiat, który wyrósł na środku pustyni… Była moim zbawieniem, moim ratunkiem, moją podporą. – Powiedz, czy jeśli będę tak niedołężny i stary, że nie będę mógł chodzić będziesz wciąż mnie kochała?
– Zawsze będę cię kochała – odpowiedziała a na dowód swych słów czule pocałowała mnie. – Mimo wszystko, mimo wad. Bo wiesz, nie kocha się za zalety tylko mimo wad.
– Takiego hipokrytę i egoistę jak ja? – uniosłem brew, posyłając jej jeden ze swoich uśmieszków. Ale ona na to uśmiechnęła się tak słodko, w jej policzkach wystąpiły dwa cudowne dołeczki.
– Widzisz? Już nawet nie potrafisz obdarzyć mnie tym parszywym uśmieszkiem co kiedyś… – szepnęła. – Cieszę się, że udało mi się zmienić ciebie nim przeobraziłeś się w kogoś, kim tak naprawdę nie chciałbyś zostać.

A on tylko pokręcił głową.
– Nie, Hermiono – przesunął palcami po moim policzku. Miał takie chłodne palce, takie przyjemne w kontakcie z moją rozgrzaną skórą. – Pomogłaś jedynie wydobyć ze mnie to, co najlepsze. A tego zimnego, nieczułego drania, którym usiłowałem być, bo tego oczekiwali rodzice… Całkowicie zniszczyłaś.
Nie potrafiłam już oderwać wzroku od jego twarzy, jego boskich stalowych oczu i szczerego uśmiechu. Całkowicie szczerego, bez nawet najmniejszej krzty kpiny. A w oczach? W oczach widziałam coś, czego wcześniej tam nie było. A może i było, tylko zbyt głęboko skrywane. Tę miłość. Szczerą i prawdziwą.
– Naprawdę bardzo cię kocham – powiedział, chwytając moją dłoń. Ścisnął ją delikatnie a ja odwzajemniłam gest.
– Nie chcesz zapalić? – spytałam w końcu bo wiedziałam, że prędzej czy później i tak wstanie żeby wyciągnąć z szuflady papierosy.
– Nie potrzebuję tego. Całkowicie uzależniłem się od ciebie. Gdzie tam papierosy, gdzie tam alkohol! Gdy na świecie istnieje tak silna, uzależniająca i do tego niewyobrażalnie duża dawka narkotyku jak twoja miłość?
I Draco znów się uśmiechnął. W oczach zabłysły mi łzy.
– Skarbie? Wszystko w porządku? Coś… Coś cię boli? – spytał poważnie, podpierając się na łokciu.
Pokręciłam głową.
– Boo… Boli cię? – spytał, patrząc mi w oczy z uwagą.
– Nie, to ze szczęścia, skarbie! – wykrzyknęłam, uśmiechając się przez łzy i całując tego głupka to w policzek, to w ucho, to w czoło, to w tors. – Bo nie wyobrażam sobie dalszego życia bez ciebie! Gdy myślę o przyszłości nie widzę już swoich wielkich planów, żadnego rozwinięcia WESZ, marzeń o zostaniu Przewodniczącym Rady Obrony Praw Czarodziejów z Rodzin Niemagicznych… Widzę tylko ciebie, ciebie i siebie, rozumiesz?
– Nie… Nie niszcz swoich celów przeze mnie…
– Czy ty nic naprawdę nie rozumiesz? – przysunęłam się aby ucałować jego wargi. – To nie jest takie ważne. Nic już nie jest ważne! Tylko żebyś był ze mną, żebyś kochał mnie, z dnia na dzień coraz bardziej…
Nawet nie dał mi dokończyć.

Draco chwycił twarz Hermiony w obie dłonie i przekręcił ją tak, że leżała na nim. Czuł jej delikatną skórę, kształtne piersi, uda, słyszał jak głośno bije jej serce. Hermiona, pod wpływem tego powiewu namiętności odgarnęła włosy na prawą stronę i pochyliła się w stronę Malfoya.
– Kocham cię.
A później złączył ich namiętny pocałunek, pełen chęci i nadziei na lepsze życie.

EPILOG

Harry obejmując Ginny krzyczał głośno, życząc im szczęścia. Pani Weasley, cała we łzach stała w ramionach pana Weasleya a miejsce po jej prawej stronie zajmował Ron, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. Rzucił w ich stronę parę galeonów, kilka odbiło się od garnituru Dracona, kilka zaczepiło się o welon Hermiony. Państwo Granger, czując się nieco dziwnie w otoczeniu samych czarodziei machało parze czule na pożegnanie, oboje z zaszklonymi oczami. Nawet Hagrid, którego wielka czupryna wynurzała się ponad metr z tłumu gości wydmuchiwał hałaśliwie nos w chustkę w groszki.
Ostatnie na co Hermiona zwróciła uwagę to spojrzenie Rowensa, pełne tego dziwnego, smutnego zawodu. Nie stał w tłumie tylko w samej bramie kościoła, po chwil spuścił wzrok i wrócił do jego wnętrza.
– Poczekaj minutę, dobrze, mężu mój? – spytała pani Malfoy, całując Dracona w policzek.
Następnie nie zastanawiając się długo rzuciła bukiet w stronę Ginny i podtrzymując poły sukni wbiegła po stopniach, z powrotem do kościoła. Zdumiona Ginny chwyciła kwiaty zanim połapała się, co to miało oznaczać. Harry nachylił się i obdarzył ją pocałunkiem na co wszyscy zaczęli głośno klaskać i winszować młodym narzeczonym.
Stukot jej obcasów odbijał się echem od gotyckich ścian. Niepewnie podeszła do chłopaka, który stał przodem do ołtarza a ręce trzymał w kieszeniach.
– Och, Rowens…
Nie odzywał się, nawet się nie odwrócił.
Dziewczyna podeszła bliżej.
– Naprawdę mi przykro, że jestem taką egoistką, że wciąż próbuję cię przy sobie zatrzymać jako przyjaciela… Bez względu na to co czujesz – powiedziała cicho. – Nawet nie zastanawiając się nad tym, że zasługujesz na o wiele więcej, na kogoś lepszego…
– Jeśli ten cały Bóg istnieje… To czemu zesłał mnie na ciebie? – spytał Chad tak cicho, że ledwie go usłyszała. Podeszła bliżej.
– Gdyby cię nie zesłał to nie wiem czy dałabym sobie radę. Naprawdę. Byłeś moim oparciem… Byłeś i wciąż jesteś.
– Boże, dlaczego musiałem cię poznać? Dlaczego… – odwrócił się i aż zaniemówił, gdy przysunęła się tak blisko, że zaledwie milimetry dzieliły go od jej twarzy. – Dlaczego się w tobie zakochałem?
– Pocałuj mnie. A potem zapomnij o mnie, Rowens. – Hermiona zamknęła oczy i uchyliła usta, jednak gdy tylko ich wargi się zetknęły Chad odsunął się.
– Masz swoje życie, pani Malfoy – powiedział z dziwnym chłodem w głosie. – Więc… Może najlepiej będzie jeśli spotkamy się za jakiś czas. Teraz daj mi przerwę.
Hermiona kiwnęła głową. Później obróciła się i pobiegła w stronę wyjścia, a później wśród wesołych okrzyków i gwizdów zbiegła po marmurowych schodkach aby rzucić się w objęcia Draco. Bo owszem, kochała Chada, jednak była to jedynie braterska miłość, taka która łączyła ją i Rona czy Harry’ego… A prawdziwy mężczyzna, którego darzyła gorącym uczuciem trzymał ją teraz w swoich ramionach a obrączka na jego palcu świadczyła o wartości jego wyznań. Teraz byli ze sobą już złączeni nie tylko uczuciem ale i przyrzeczeniem „i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to że Cię nie opuszczę aż do śmierci”.
A w to wierzyli oboje. Bo na świecie nie było już nic, co mogłoby rozwiać ich wątpliwości. Blizna Harry’ego już od paru miesięcy nie dawała żadnych znaków. Już nie obawiali się, że lord Voldemort powróci a wraz z nim Śmierciożery, czyhający na najmniejszy błąd. Harry, Neville, Luna i Ron już tego dopilnowali.
A czym jest prawdziwa miłość? Ten lęk w oczach Ginny o życie ukochanego gdy poszedł stoczyć ostateczny bój. Ten błysk w oczach Luny kiedy Neville chwycił ją za rękę po wygranej walce. Szczęście w uśmiechu Malfoya i ciepło wypełniające serce Hermiony. Pocałunek w czoło pana Weasleya panią Weasley. Uścisk dłoni Lupina i Tonks, machającym odjeżdżającej powozem młodej parze. Splecione ręce z błyszczącymi obrączkami, zetknięte usta, złączone serca. To uczucie o które warto walczyć. Aż do końca.

Opublikowano Hermione and Draco: love and hate, Nastolatki, Opowiadania | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

45. BOISZ SIĘ MIŁOŚCI, PRAWDA?

– Wracam do Hogwartu.
Hermiona naprawdę próbowała na nich nie patrzeć, zamykając kufer. Czuła dziwne poczucie winy gdzieś w środku, że zostawia przyjaciół a sama wraca do szkoły.
Nastała pełna napięcia chwila ciszy. Ron uparcie wbił wzrok w podłogę. Harry patrzył na przyjaciółkę z powątpiewaniem i nie mogąc znieść tej chwili milczenia odezwał się pierwszy:
– Długo nad tym myślałaś? Przecież nikt stąd cię nie wygania.
– Ja wiem, wiem – odparła Gryfonka i westchnęła, siadając na łóżku. – Ale spakowałam się już i to moja ostateczna decyzja. – Poklepała rączkę od kufra, który stał obok łóżka i uśmiechnęła się słabo do przyjaciół. – Obiecałam rodzicom, że nie będę siedziała w Norze do końca Świąt…
– Ale oni przecież wyjechali. A moim rodzicom nie przeszkadzasz – jęknął Rudzielec, przewracając oczami. – Możesz zostać, naprawdę, to nie jest kło…
– Jest kłopot, twoja mama już dosyć się napracowała. A rodzice chcieli żebym naprawdę dobrze przygotowała się do Okropnie Wyczerpujących…
– Przecież Owutemy są dopiero w przyszłym roku! – Ron znów spojrzał w sufit. – Od kiedy tak bardzo chcesz się uczyć?
– Zawsze się dobrze uczyłam – fuknęła Gryfonka, wstając. – i przez żadnego głupiego, nadętego, egoistycznego…
Zastanawiając się nad następnymi malowniczymi epitetami ruszyła w stronę drzwi.
– Może nadszedł czas, żebyś jednak z nim porozmawiała?
Dziewczyna stanęła w połowie drogi do drzwi. Miała dziwne wrażenie, że podłoga jest jakaś inna, a droga którą pokonała od łóżka niezmiernie długa.
– Nie chcę z nim rozmawiać – powiedziała cicho, wbijając wzrok w podłogę. – Już dość.
Ron przez chwilę walczył z samym sobą.
– Ale… Ty go kochasz – odrzekł cicho, zamykając na chwilę oczy. – Widzę to. Gdy widzisz, że się oddala to coś tam psuje się w środku a gdy widzisz jak jest blisko, a wiesz, że nigdy nie będzie twoja… To znaczy… Twój… – zamilkł i spojrzał na swoje stopy.
– Och, Ron… – Gryfonka pokręciła głową i czując, że nadszedł stosowny moment aby wyjść z pokoju dodała: – Spotkamy się w Hogwarcie.

************

Zobaczył ją. To na pewno była ona. Widział burzę skręconych, splątanych włosów, które mógł rozpoznać wszędzie. Ciągnęła za sobą kufer, który dygotał niebezpiecznie na nierównościach chodnika. Chciał do niej podejść, pomóc, wszystkie bagaże i problemy zrzucić na swoje barki. Ale zniknęła w wejściu na dworzec.
Czemu wraca do Hogwartu? Czy nie powinna spędzać świąt z rodziną? Albo chociaż z Potterkiem? Skrzywił się, uciszając swego czarnego puchacza, który ni stąd ni zowąd zaczął łopotać skrzydłami o pręty klatki i głośno huczeć.
– Zamknij się – syknął, przekraczając wejście na dworzec.
Odrzucił jasne włosy niedbale i rozejrzał się w poszukiwaniu znajomej sylwetki. Ale ona zniknęła.

Wsiadając do Express Hogwartu wciąż o niej myślał. W końcu ktoś taki jak ona, kto ma te szczęście, że posiada normalną rodzinę i normalnych przyjaciół… Nie powinien spędzać Świąt w szkole.
I ta wolność, możliwość podejmowania własnych decyzji. A nie przymus zdradzania tych, których się kocha. Zazdrościł jej wszystkiego.
Przełknął ślinę, czując że pieką go oczy. Wrzucił kufer na górę i usiadł koło okna. Starając się nie myśleć o niczym utkwił wzrok gdzieś w oddali za szybą, ale nie widział ani drzew ani oddalających się domów. Przed oczami miał jej uśmiech, który zawsze powodował, że sam chciał się uśmiechnąć; jej oczy pełne blasku, które napawały go szczęściem… Zamknął oczy ale nawet wtedy nie mógł się wyzbyć Hermiony ze swojej głowy.
Chciał, żeby podróż minęła jak najszybciej, aby mógł wyjść i jak najszybciej ją odnaleźć. Chciał jedynie spojrzeć na jej twarz. W jej orzechowe oczy. Poczuć na swych palcach uścisk jej dłoni.
Naprawdę chciał, żeby podróż minęła jak najszybciej, ale czas jakby zwolnił swoje tempo, drwiąc z jego bezradności. To takie zabawne. Są w życiu czasem takie chwile, że czegoś pragniesz z całej siły ale nie masz żadnego wpływu gdy to się oddala.
„Weź się za siebie!” – pomyślał, gdy pociąg zaczął zwalniać a za oknem przewijały się znajome obrazy. Naprawdę łatwo to sobie powiedzieć. Ale co zrobić?
Póki co, Hermiona raniła go swą obojętnością. Poczuł dziwną falę chłodu. Chciał już być na peronie, czym prędzej wysiąść. Ale czas nie przyspieszył swego biegu. Ze stoickim spokojem mijał tak jak zawsze. I mimo tego, że rani; że czasem wbrew twojej woli płynie zbyt szybko, a gdy chcesz by już minął idzie powolnym krokiem… Nic na to nie poradzisz.
Uzależnił się od Hermiony, jak człowiek może uzależnić się od nikotyny. Z każdym dniem kochał ją mocniej, pragnął jej bardziej. Z jej uśmiechem świat nabierał barw, bez niej tracił całkiem swój kolor. Chciał by zawsze była przy nim i nigdy jej nie zabrakło. Coś jak miłość.

************

Z zamyślenia oderwał Hermionę pisk pociągowych hamulców. Wyjrzała zza okno, a na jej twarzy zakwitł uśmiech. Nie ma to jak Hogsmeade.
– Wingardium Leviosa – machnęła różdżką w stronę kufra, nie przestając się uśmiechać.
Niemalże w biegu wysiadła na peron. Zachodzące słońce rozlewało swe promienie na zatłoczonym dziedzińcu, muskało ją delikatnie po twarzy. Powoli, powoli chowało się za domkami miasteczka, a ludzie zaczynali rozchodzić się do domów. Gryfonka jeszcze raz rozejrzała się po peronie, ale niewiele Hogwartczyków wysiadło z expressu. W końcu jednak jeszcze są Święta.
Wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę najbliższego powozu. Zastanawiając się, jak dokładnie wyglądają testrale i czy warto być przy czyjejś śmierci aby ujrzeć te upiorne stworzenia, wsiadła do powozu.
Nie minęły nawet dwie sekundy, gdy drzwi otworzyły się.
Stał w nich Malfoy.
– Wolne? – spytał z tym swoim drwiącym, jakby przyszytym do twarzy uśmieszkiem.
Hermiona z irytacją rozejrzała się po pustym przedziale.
– Ślepy jesteś? Jest pusto.
– Chciałem tylko…
– To zastanów się, zanim zadasz kolejne ze swych mądrych pytań.
Draco przewrócił oczami i usiadł na wprost dziewczyny. Ta uparcie wbiła wzrok gdzieś za szybą.
– Hermiono… – odchrząknął chłopak. – Musimy porozmawiać. M u s i m y.
Dziewczyna westchnęła.
– Jeśli odczuwasz jakąś wewnętrzną potrzebę rozmowy, nie krępuj się, jestem do dyspozycji – odparła, nie odwracając wzroku od okna. – W każdym razie nie poruszaj tematu, który dotyczył by nas, mnie, śmierciożerców, twoich rodziców lub moich przyjaciół. Jasne?
– Wymieniłaś wszystko to, co chciałem właśnie poruszyć – prychnął Ślizgon. – I nie obchodzi mnie to, że nie chcesz słuchać, bo ja muszę ci to wszystko powiedzieć.
Gryfonka nie zastanawiając się długo wyciągnęła różdżkę z kieszeni szaty i wycelowała prosto w twarz chłopaka.
– Jedno słowo, a trafię cię czymś naprawdę okropnym…
– Wal śmiało. To na pewno lepsze od wszystkiego, co do tej pory przeszedłem.
– Jesteś niemożliwy, Malfoy.
– A ty niesamowicie uparta, Granger.
Patrzyli się na siebie przez chwilę, aż w końcu Hermiona cofnęła rękę a różdżkę położyła koło siebie.
– Mogę najpierw ja zadać ci pytanie?
– Proszę bardzo – odparł Draco, rozsiadając się nonszalancko na wszystkich trzech siedzeniach.
– Czemu wracasz na Boże Narodzenie do Hogwartu?
Zacisnął pięści i wycedził:
– Nienawidzę mojej matki. Więc wróciłem. Proste i bardzo sensowne.
– Och tak, rzeczywiście – Hermiona patrzyła na niego, marszcząc brwi. – Zostawiłeś swoją jedyną rodzinę samą na Święta w domu? Tyle przeżyła, najpierw…
– Nie wspominaj o ojcu. Jego też nienawidzę.
Powiedział to z takim spokojem, że zamilkła.
– Kochasz ich bardziej niż ci się wydaje – powiedziała po chwili i znów utkwiła wzrok gdzieś za szybą.
– A ty, mądralo? Czemu wracasz na Święta do szkoły? Chcesz przyszykować się do Owutemów? – zadrwił.
– Właśnie tak, Malfoy. Właśnie tak.
Prychnął, nie ukrywając irytacji.
– Od kiedy tak dobrze się uczysz?
– Zawsze dobrze się uczyłam. Dopiero TY to zepsułeś.
Ślizgon uśmiechnął się i odrzucił włosy z czoła.
– Taaa?
– Taaa.
– Niby dlaczego? – uśmiechnął się jeszcze szerzej, wstając i zajmując miejsce koło niej.
– Pamiętaj, mam koło siebie różdżkę – warknęła, nawet na niego nie patrząc.
– A ja myślę, że nie będzie nam potrzebna… – powiedział cicho, przysuwając się do jej szyi.
Hermiona poczuła jego ciepły oddech na swojej skórze i przeszył ją dziwny dreszcz. Zamknęła oczy i po chwili zdała sobie sprawę, że Draco wodzi ustami po jej szyi, a opuszkami palców przesuwa delikatnie po jej policzku. Z jednej strony bardzo pragnęła, aby jego usta znalazły się bliżej jej twarzy i ust, ale rozsądek mówił zdecydowanie co innego. W końcu pewnym ruchem odepchnęła go od siebie.
Blondyn spojrzał na nią, podnosząc jedną brew w górę.
– Coś nie tak?
– No raczej, Malfoy – prychnęła wściekle dziewczyna. – Jesteś bardzo inteligentny, naprawdę, że to zauważyłeś. Najpierw zakładasz się o mnie, później rozkochujesz, później próbujesz zabić a teraz, po długiej przerwie, znów uwodzisz?
– Zbyt dużo słów dla kogoś takiego jak ja… – wymruczał, ponownie się do niej przysuwając. – Ale sama przyznałaś, że uwodzę. „Znów”.
– Nie przeginaj! – warknęła, sięgając ręką po różdżkę.
Draco uśmiechnął się szeroko, gdy zmarszczyła czoło.
– Gdzie różdżka? – wycedziła ze zmrużonymi oczyma Hermiona.
– Oddam ci jeśli mnie wysłuchasz.
– Nie muszę cię słuchać. Mogę pójść do Dumbledore’a i powiedzieć, że pewien nadęty Ślizgon zabrał mi różdżkę. Nie powtórzę błędu z początku roku. I kto wtedy będzie górą?
Draco westchnął, milczeniem przyznając jej rację. Oddał różdżkę bez słowa, a gdy powóz zatrzymał się, wziął swoje rzeczy i po prostu wyszedł, nawet na nią nie patrząc.
Hermiona patrzyła za jego oddalającą się sylwetką, próbując za nim nie krzyczeć. Zapięła płaszcz aż pod samą szyję i starając się na niego nie patrzeć ruszyła szybkim krokiem przed siebie.
W tym odstępie doszli pod samą bramę Hogwartu, aż w końcu nie wytrzymała i wydarła się:
– Czekaj!
Malfoy uśmiechnął się pod nosem ale nie zwolnił kroku.
– Dra… Malfoy, czekaj…
Dogoniła go dosyć szybko i chwyciła mocno za ramię.
– Słuchaj, ja…
Ale Ślizgon nie chciał słuchać. Ze swoim drwiącym uśmieszkiem stanął, odwrócił się do niej przodem i nie zastanawiając się długo, przytknął delikatnie swoje usta do jej warg.
Zaskoczona otworzyła szeroko oczy. Była to chwila, zaledwie ułamek sekundy, gdy chciała sięgnąć po różdżkę, ale jej ręka jakby sama zmieniła swój tor i wylądowała na jego ramieniu, podczas gdy drugą objęła go w pasie. Kolejna sekunda, zupełne oddanie się przyjemności, moment w którym uczucia wzięły górę nad rozsądkiem. Nie wiedziała dlaczego to robi, milion krzyków w jej głowie nie dawało spokoju, skotłowane myśli pulsowały przy skroni.
W końcu Hermiona oderwała się, czując wciąż na ustach posmak jego warg.
– To są twoje wyjaśnienia?
– Część – przyznał z uśmiechem. – Tylko nie mów, że…
– …Mi się nie podobało? – weszła mu w słowo, kierując wzrok ku niebo. – Tak, znam tę śpiewkę. A teraz migiem, odnosisz walizkę i spotykamy się na dziedzińcu transmutacji. Jasne?
– Słuchaj, ja wiem, że ciężko ci…
– Po prostu odnieś bagaże – odparła. – I szybko na dziedzińcu – dodała, odchodząc w przeciwną stronę.

************

Wychodząc na dziedziniec cała zesztywniała. Było pusto, co było dziwne nawet jak na Hogwart podczas Świąt. Biała, puchowa pierzyna pokrywała niemalże całą ziemię a śnieg skrzył od jasnych promieni słońca, że aż bił od niego blask. Stanęła z butami w śniegu, pocierając dłonie o siebie i rozglądając się na boki.
W końcu z drzwi naprzeciwko wybiegł Malfoy. Przez chwilę poczuła dziwną frustrację, że nie widać po nim najmniejszego śladu, że dopiero co biegł. Jemu włosy nie kręciły się, twarz nie rumieniła, nigdy nie widziała na jego czole kropel potu. Był po prostu bóstwem, sprawiał wrażenie jakby nic nie sprawiało mu wysiłku. Ideał, ideał, ideał.
Otrząsnęła się i zrobiła krok w przód.
– Zdecydowałam się ciebie wysłuchać… A ty się spóźniasz?
– Zastanawiałem się tylko jak to wszystko powiedzieć – odparł cicho, podchodząc do niej. Jednak nie nachalnie, nie blisko. Zostawił jej kilka kroków odległości od siebie, dając jej swobodę. – I stwierdziłem, że to i tak nie ma sensu. Nie znam tylu słów. Zielonego pojęcia nie mam, jak wszystko wyrazić w słowach, całego siebie i wszystko to, co skrywa się gdzieś tam na samym dnie mojego pieprzonego ja.
– Możesz zawsze spróbować – szepnęła, podchodząc krok w jego stronę.
Ten jedynie uśmiechnął się i sam postąpił kawałek do przodu.
– Więc może zacznę jak najprościej. – wziął głęboki wdech i zaczął cicho: – Pewien palant, ale niesamowicie przystojny, wiesz… – (Hermiona cicho prychnęła) – …założył się z jeszcze głupszymi palantami o pewną świetną dziewczynę. Ale… – zamilkł, jakby szukając słów. – Później wszystko zepsuł, zakład stał się nieważny, bo jemu zaczęło zależeć. – popatrzył jej w oczy, jednak ona odwróciła wzrok. – Owszem, wszystkie słowa jakie do niej powiedział nie były jego autorstwa a wszystkie romantyczne zagrania, zupełnie nie w jego stylu, podpowiadał mu kolega, najgorszy palant – przyznał i skrzywił się, wspominając Blaise’a. Znów westchnął i ciągnął spokojnie: – I cóż, jakoś stało się… Odkryła prawdę… Nie chciała… A może nie mogła?… W nic uwierzyć. Cóż. Ale jemu naprawdę zależało. – przerwał na chwilę, nie będąc pewnym czy wszystkie te słowa wyszły właśnie z jego ust. Były to jego własne słowa kierowane gdzieś z głębi siebie, szczera prawda, bez żadnych ubarwień, zbędnych ozdobników. Szczera, może nawet i bolesna ale przynajmniej prawda. – A później cała zgraja Śmierciożerców kazała mu ją porwać – zaczął ponownie. – Nie wiedział dlaczego, po prostu musiał to zrobić. Dlatego, że… – zamilkł i spojrzał gdzieś w bok. – Powiedzieli, że mnie zabiją. Zrozum, ja musiałem. Ja…
Ale Hermiona pokręciła głową i ukryła twarz w dłoniach.
– Jestem taki młody! – usprawiedliwiał się Draco, chwytając dziewczynę za ramiona. – Naprawdę bałem się śmierci… Tak, jak niczego innego.
Gryfonka spojrzała na niego, czując, że oczy zachodzą jej łzami.
– Ty… Ty tchórzu.
– Ja… Musiałem to zrobić, żeby później cię uratować!
– Gdybyś mi to wszystko wcześniej powiedział… Jakoś dalibyśmy radę! – powiedziała a ręce jej drżały.
– Musiałem to zrobić! Zabiliby mnie, Hermiono!
– Wolałabym oddać życie niż poświęcić kogoś z moich przyjaciół! – warknęła z oczami pełnymi łez. – A ty wolałeś żyć. Żyć sobie w szczęściu, wiedząc, że zawsze będziesz żył. Bo masz za sobą całą armię Śmierciożerców. Wygodne, co?
– Ale… – Draco przysunął się do niej, nic nie rozumiejąc. Tak bardzo chciał żeby mu uwierzyła. Wtedy wszystko wróciłoby na miejsce. – To nie tak… Ja musiałem!
– Wszystkie te słowa… Wszystkie momenty, pocałunki, prezenty… – Hermiona cofnęła się i spojrzała gdzieś na swoje buty. – To wszystko Blaise. On tobą kierował. Nigdy nie pojąłeś znaczenia tych słów!
– Owszem, mówiłem je do ciebie ale ich znaczenie nie było do ciebie kierowane.
– Widzisz…
– Ale to było dawno! – krzyknął, przerywając jej. – Teraz z ręką na sercu mógłbym powtórzyć wszystkie te słowa w twoją stronę, w dosłownym i przenośnym ich znaczeniu!
– Nie potrzebuję ani twoich przyrzeczeń ani ciebie. – ze łzami w oczach dziewczyna odwróciła się i odeszła, chwiejąc się na nogach.
Malfoy wsunął ręce do kieszeni i patrzył za odchodzącą dziewczyną, czując jak mokre i zlepione spadającym śniegiem włosy przylepiają mu się do czoła.
– Wiązała mnie Śmiertelna Przysięga! Gdybym jej nie wypełnił, zginąłbym!
Zatrzymała się tuż przed drzwiami z ręką na klamce. Niepewnie cofnęła dłoń, jednak nie obróciła się i wciąż milczała.
Dlaczego nie mogła zrozumieć jego tak trudnej sytuacji? Łatwo powiedzieć komuś o poświęceniu; komuś, kto z całej siły walczy o swoje życie. Ale… Czy naprawdę łatwo jest poświęcić całego siebie dla życia innej osoby, nawet ukochanej osoby? Czy każdy może powiedzieć z ręką na sercu, że w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa właśnie tak by postąpił?
Chłopak podbiegł do niej. Objął mocno, jakby chciał nigdy jej nie wypuścić i szepnął:
– Proszę… Postaw się w mojej sytuacji. Musiałem to wypełnić.
– Śmiertelna Przysięga? – spytała dziwnie drżącym głosem Hermiona. – My… Myślałam, że ją wycofali… Ale ja byłam pewna, że… Czytałam o tym!
– Śmierciożercy wciąż się tym posługują. – Malfoy zamknął oczy. – Wiesz, co w tym wszystkim jest najgorsze? Nie masz żadnego określonego terminu. Po prostu musisz to zrobić. Jeśli będziesz miał najmniejsze wątpliwości co do wykonania zadania… Po prostu… To po prostu…
– Umierasz… – szepnęła. – Powoli, tak jakby ktoś cię dusił…
– Więc błagam… Robiłem wszystko co mogłem, opóźniałem, byleby ktoś tylko cię uratował…
– Słuchaj. – Hermiona oderwała się od niego i poczuła, że po policzkach spływają jej łzy. Nie potrafiła dłużej ich skrywać. – Ja… Wierzę ci naprawdę…
– Wierzysz? – Jego oczy rozbłysły i po raz pierwszy widziała w nich coś… Coś innego. – Słuchaj… Nie płacz, wynagrodzę ci to wszy…
– Nie, Malfoy – przerwała mu, odsuwając się o krok. – To, że ci wierzę nic nie zmienia… – skłamała cichym tonem. – Nic.
Draco nie odezwał się. Zmarszczył czoło i patrzył na nią w milczeniu.
– Bo… – przełknęła ślinę, brnąc dalej. – …nie czuję do ciebie tego, co wcześniej. I… Ja…
Nie potrafiąc ciągnąć dalej sieci kłamstw, zamknęła oczy i pozwoliła łzom swobodnie spłynąć po policzkach.
– Kłamiesz – odezwał się w końcu Malfoy, nawet na nią nie patrząc. – Nie chcesz się przyznać. Jak zwykle.
– Do czego przyznać?
Zaklął głośno.
– Do tego, że mnie kochasz, Hermiono!
– Bo nie kocham! – krzyknęła histerycznie, niemal dławiąc się łzami. – Nie znaczysz już dla mnie tyle, co wcześniej! Nie jesteś tą samą osobą, zrozum…
– A ty znaczysz dla mnie bardzo wiele. Jeśli to teraz zaprzepaścisz… Nie będzie powrotu – syknął, a jego oczy, dopiero co pełne blasku, na powrót stały się zimne i niedostępne.
– Nie chcę do c-ciebie wracać już n-nigdy więcej… – zatrzęsła się, chlipiąc. Nie chciała mu pokazać, jak bardzo cierpi; nie chciała okazywać swojej słabości w postaci tych małych przeklętych słonych kropel, które spływają zupełnie nie w tych momentach co trzeba. Ogarniało ją dziwne uczucie, coś pomiędzy smutkiem, wściekłością a bezradnością.
Malfoy spojrzał na nią spode łba.
– Więc cały czas chciałaś mi powiedzieć, że po prostu mnie nie kochasz, tak?! – ryknął niespodziewanie. – A dzisiejszy pocałunek nic dla ciebie nie znaczył?!
Pokręciła głową, kryjąc twarz w dłoniach. Nie miała siły, żeby cokolwiek odpowiedzieć, odszepnąć. Wzięła głęboki oddech lecz wciąż milczała.
Draco chwycił dziewczynę za ramiona i mocno potrząsnął. Była pewna, że zostaną jej po tym jakieś sińce.
– Czemu się boisz?! – krzyknął rozpaczliwie. – CZEGO się tak boisz, Granger?! Uczucia?! Opinii innych?! To tylko głupie… – zamilkł nagle. Westchnął po czym uśmiechnął się krzywo i uniósł jedną brew do góry. – Spójrz na mnie.
Gryfonka pokręciła głową, wciąż zasłaniając twarz rękoma.
– Spójrz na mnie do cholery!
Nie potrafiła już dłużej się opierać, oderwała dłonie od oczu i spojrzała na niego, cała we łzach, w rozmazanym makijażu.
– Zadowolony?
– Popatrz mi w oczy.
Posłuchała. I właśnie to zabolało ją najbardziej, to spojrzenie, te stalowe, zamknięte na klucz tęczówki…
A on nadal się uśmiechał.
– Boisz się miłości, prawda? Boisz się, że cię zranię, że będzie tak jak było.
– Tak – szepnęła Hermiona zrezygnowana. – Boję się miłości, miłości czyli ciebie. Wiesz o tym? Że mogę oszukiwać ciebie i siebie samą, ale uczuć nie oszukam…
Oboje zamilkli. Ona spojrzała gdzieś w bok, a on spojrzał jej w oczy, nie przestając się uśmiechać. Przysunął się o krok, a ona zadrżała, niepewna tego, co jej miłość chce uczynić. Jej miłość… Jej szczęście, jej sens życia, a zarazem jedyny trujący gaz, jaki najbardziej namieszał w jej powietrzu przysuwał się coraz bliżej, chwycił jedną dłonią jej podbródek i skierował jej twarz ku sobie.
– Obiecuję ci, że się zmienię. Nie do końca może ale… Nie zranię cię.
Ucałował delikatnie jej wargi, wsuwając drugą wolną dłoń w jej poskręcane włosy.
– Już nigdy więcej.
A ona nie potrafiła się dłużej opierać. Przysunęła się do niego, napierając na niego całym ciałem, łapczywie smakując jego warg, dłońmi mierzwiąc blond kosmyki. Ten powiew namiętności rozwiał wszelkie podmuchy głosu rozumu czy zdrowego rozsądku. Otworzył drogę jej sercu.
Całowali się coraz namiętniej, coraz mocniej, nie liczyło się nic, tylko oni dwoje, ich przyspieszone tętna.
I wtedy wiedzieli, że będzie dobrze. Że ich uczucie pokona wszelkie przeszkody, bo jeśli tylko będą razem, odważnie stawią czoła innym. Czy powinniśmy słuchać serca czy rozumu? Oni postanowili słuchać pierwszego, co całkowicie tłumaczy ich zachowanie. Jeśli się zastanowić… Gryffindor i Slytherin to zupełnie jak jasność i mrok, ogień i woda… Dwa przeciwieństwa, które odpychają się jak niezgrane magnesy, które nigdy nie powinny się połączyć.
Lecz w tym momencie para całująca się na środku dziedzińca transmutacji nie myślała o niczym. Jedynie o swojej wielkiej miłości. Wielkiej, nieskończonej, bezgranicznej miłości. Uczuciu, które buduje nowe, zupełnie inne życie. Życie z drugą osobą.
Chcieli już na zawsze zostawić przeszłość za sobą, martwić się jedynie tym co jest w danym momencie. I cieszyć się chwilą, łapać te najpiękniejsze i nie pozwolić im uciec. Już nigdy.

Opublikowano Hermione and Draco: love and hate, Nastolatki, Opowiadania | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

44. GDZIE JESTEŚ, KIEDY CIĘ NIE MA?

Pusty odgłos stykających się sztućców. Ciche, miarowe tykanie zegara. Nerwowe stukanie wysokich obcasów pod stołem.
Zupełnie nic nie miało znaczenia. Ani piętrzące się stosy podarków pod choinką, ani bogato zastawiony stół. Po prostu nie miał ochoty rozpakowywać setek bezużytecznych przedmiotów i obżerać się z samego rana. Może kiedyś sprawiłoby mu to uciechę. Może kiedyś z wytęsknieniem czekałby na poranek aby zjeść świąteczne śniadanie i odnaleźć prezenty pod drzewkiem. Ale nie teraz.
Nie, kiedy w głowie Malfoya wciąż tkwiła ona.
Hermiona Granger.
– Wciąż myślisz? – przerwała ciszę jego matka, Narcyza.
Draco kiwnął głową.
Kobieta niewiele myśląc położyła dłoń na jego ramieniu, ale on trącił nim delikatnie i odsunął się na krześle. Narcyza zabrała rękę, żałując, że w ogóle ją wyciągnęła i westchnęła.
– Słuchaj, wiem, że ci ciężko… Ale…
– Tak, tak, to istny zaszczyt mu służyć, już to słyszałem – odparł Malfoy głosem ociekającym ironią. – Wspaniały przepis na życie, hę? Zdradź swoich najbliższych, a będziesz miał zapewnione bezpieczne życie.
– To nie tak – powiedziała Narcyza cicho. – Draco… Spróbuj zrozumieć nasze położenie. Lucjusz…
– Nigdy o nim nie wspominaj – wycedził Draco, przerywając matce. – Nigdy. Rozumiesz? To, co po sobie zostawił tylko spieprzyło moje życie.
– On chciał żebyś żył godnie…
– Godnie. Godnie? – powtórzył z kpiną w głosie. – Wolałbym nie żyć wcale. Nie rozumiesz tego? Pierwsza dziewczyna, którą…
– I na pewno nie ostatnia! – odparła Narcyza, starając się nie okazywać ogarniającej jej irytacji. – W końcu to tylko zwykła szlama…
– A co ty o tym wiesz?! – warknął Ślizgon, wstając.
– O wiele więcej niż ci się wydaje. A teraz usiądź i nie zachowuj się jak dziecko – Kobieta popatrzyła na niego łagodnie, wskazując dłonią krzesło.
– Nie jestem głodny. Wychodzę.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Draco miał wrażenie, że ta chwila nigdy nie minie, chciał stąd się wyrwać, daleko, po prostu jak najdalej od jej palącego wzroku… Z dala od pytań, od tych irytujących pytań, na które nie potrafił odpowiedzieć… Z dala od marnych prób pocieszenia.
– Wiedz, że jeśli stąd wyjdziesz… Możesz już nie wracać – powiedziała, a głos jej zadrżał.
– W takim razie idę się spakować.
Malfoy odrzucając jasne włosy z czoła, odszedł od stołu. Tak bardzo przypominał matkę, gdy odgarniał blond kosmyki z twarzy…
– Kochanie, proszę cię… – Narcyza wstała, przewracając krzesło i ruszyła szybko za synem. – Proszę, zostań, nie miałam tego na myśli…
– A mi się wydaje, że dokładnie tego chcesz. Abym się wyniósł i nigdy nie sprawiał ci więcej kłopotów! – warknął Draco, wchodząc po schodach na górę. Pokonywał stopnie niemalże w biegu, chcąc wyjść z domu jak najszybciej. Aby przestać sprawiać ból matce, móc nie patrzeć na jej twarz, odnaleźć spokój…
Gdyby tylko pomyślał, że odejściem sprawi jej jeszcze większe cierpienie…
– Jak możesz tak mówić?! Całe życie haruję, staram się, Lucjusz…
– NIE MÓW MI NIC O TYM CZŁOWIEKU! – ryknął Ślizgon. – Rozumiesz?! Mam gdzieś to co ojciec robił za życia i mam gdzieś to, co próbujesz mi powiedzieć – wydyszał wściekle. – Wychodzę. Wyjeżdżam. Nie wiem dokąd, może po prostu wrócę do Hogwartu…
– Hogwart to nie jest twój dom, Draco! – krzyknęła Narcyza, a Draco zatrzasnął jej drzwi do pokoju przed nosem. Westchnęła i wzięła głęboki oddech. – Musisz w końcu zrozumieć, że nauczyciele nie zastąpią ci rodziny, a ta cała Granger i jej Potter nie…
– Nie mów tak o nich do jasnej cholery!
– Nie odzywaj się do mnie takim tonem! – wrzasnęła, otwierając drzwi. Czując ogromny ból w sercu, patrzyła jak jej syn pakuje byle jak rzeczy do kufra i kopie wszystkie napotkane przedmioty na swojej drodze. – I nie przerywaj mi w połowie zdania!
– Po kimś się tego nauczyłem – odwarknął, zgarniając książki na wrzucone do kufra ubrania. – Może po mamusi?
– Draco, przestań… Zachowaj się raz w życiu jak dorosły…
– Możesz zrozumieć to, że zawsze musiałem się zachowywać jak dorosły?! Decyzje, decyzje, decyzje! – wściekłość jaka go ogarnęła była nie do opisania. Zatrzasnął kufer i zgarnął do portfela wszystkie pieniądze, które leżały na łóżku. – Aha, i jeszcze raz dziękuję za prezent! Naprawdę, pieniądze to nie wszystko, czemu nie możesz tego pojąć?!
– Myślałam, że lepiej będzie, jeśli sam sobie coś kupisz i…
– TO ŹLE MYŚLAŁAŚ! – ryknął, wsuwając portfel do tylnej kieszeni spodni.
– Przecież dostałeś tyle prezentów od…
– MAM GDZIEŚ TE WSZYSTKIE PREZENTY!
Nie patrząc na nią, narzucił na siebie kurtkę i włożył adidasy.
– Wyglądasz jak mugol… – szepnęła Narcyza, czując jak do oczu napływają jej łzy. – Ubierz się chociaż jak na czarodzieja przystało…
Minął matkę bez słowa, dopiero na dole schodów powiedział:
– Przykro mi, że sprawiam ci ten ból, ale chcę też żebyś wiedziała, że zadałaś mi go o wiele więcej.
– Draco…
– Tak, tak, rany i ból. Zmusiłaś mnie żebym był Śmierciożercą przez tę głupią przysięgę!
– Wieczystą… – szepnęła ze łzami w oczach Narcyza, schodząc po schodach. – Draco, ja musiałam… Ojciec…
– Mam gdzieś to, czego chciał ten człowiek, nie musiałaś składać żadnej przysięgi, ani jemu ani Voldemortowi…
– DLA CIEBIE CZARNEMU PANU, DRACO! – wrzasnęła wściekle kobieta, a po policzkach spływały jej łzy. – To dzięki niemu jeszcze żyjemy, mamy dom, wciąż znaczymy coś w Ministe…
– Mógłbym nie żyć, mógłbym być bezdomny i bezrobotny, ale wolałbym umrzeć ze świadomością, że kocham i jestem kochany… – powiedział cicho Malfoy, otwierając drzwi wejściowe. – Przykro mi, ale… Nie wrócę tu już. Nigdy.
– Draco… Jeśli naprawdę ci na niej zależy… – matka przerwała na chwilę i wbiła wzrok w podłogę. – Ona wciąż żyje, ale nie zostało jej wiele czasu… – szepnęła. – Umrzecie oboje – podeszła parę kroków w stronę syna. – Jeśli się za nią wstawisz…
– Umrę za nią, jeśli trzeba będzie!
Narcyza zamarła w połowie drogi od schodów do drzwi. Patrzyła się na niego oniemiała.
– Kochasz? TY kochasz?! Szlamę?! – wybuchła histerycznym śmiechem. – Skarbie, ona nic nie znaczy! To pusta, przemądrzała…
– Nie jest taka, NIE ZNASZ JEJ!
Zapadła cisza, może było to dziesięć sekund, a może pół godziny. Żadne się nie odezwało. Mierzyli się spojrzeniami jakąś chwilę, w końcu Narcyza nie wytrzymała, spuściła wzrok. Łzy obficie skapywały jej z podbródka na sukienkę i podłogę.
– Pamiętaj…
– Wychodzę.
I wyszedł, nie oglądając się za siebie.
A potem już tylko rozległ się cichy szloch matki z rozdartym sercem i oddalające się kroki.

************

Wszedłem do Dziurawego Kotła, próbując się nie krzywić. Obskurne pomieszczenia, obdrapane ściany, niedomyte szklanki na stołach, które chybotały niebezpiecznie…
„Kapitalnie” – Podszedłem do lady, próbując nie patrzeć na to wszystko, a skupić się jedynie na garbatym barmanie.
– Eeee… Chciałem pokój… Wynająć… – sięgnąłem ręką do kieszeni, szukając pieniędzy.
– Na ile nocy? – spytał mężczyzna, krzywiąc się dziwnie. A może usiłował się uśmiechnąć? Kto to wie.
– Jedną – odparłem z irytacją. Kto chciałby spać tutaj dłużej? – Mam też pytanie – dodałem ciszej, wykładając galeony na zakurzoną ladę.
– Słucham?
– Czy Błędny Rycerz zawozi do Hogwartu? – spytałem, starając się aby pytanie zabrzmiało zdawkowo.
Barman zmierzył mnie krótkim spojrzeniem i wykrzywił się jeszcze bardziej. Zmarszczki na jego czole pogłębiły się. Fu. Nie miałem ochoty dłużej patrzeć na tę twarz.
– Nieudane Święta, hę? – a potem jego wywód na temat Świąt, jakie spędził kilkaset lat temu z jakimiś tam naprawdę interesującymi ludźmi i miliony powodów, dla których te Święta mu się nie udały… trwał może z pół godziny.
Ale poranek można zaliczyć do udanych.
Nie chciałem mu przerywać, ale w końcu trzeba było. Grzecznie podziękowałem i szybko pobiegłem na górę, chcąc oddalić się od tej meliny.
Cóż, nie był to apartament, ale przynajmniej było tu lepiej niż na dole. Obrzydliwa tapeta, zgniłozielona w jakieś żółte zawijasy, pogryzione zasłony, ale za to łóżko było czyste, a szafki i podłoga poodkurzane. Krzywiąc się padłem na łóżko. Co ja właściwie sobie myślałem?
Sam już nie wiem. Wszystko jest tak pokręcone…
Ojciec umarł, matka nic nie rozumie, wszyscy chcą abym był tym pokrętnym sługusem Czarnego Pana… Taa, oni sądzą, że to dla mojego dobra. Ja jestem natomiast pewien, że nikt nie chciałby być na moim miejscu.

I do cholery coś przerwało moje rozmyślania. Najpierw coś tchnęło mnie żebym podszedł do drzwi, że może przez jakiś niesamowity zbieg okoliczności wejdzie tu Hermiona…
Złudna nadzieja. W okno pukał mój puchacz.
List! Zupełnie bym zapomniał, że wysłałem jej prezent. Perfumy… Cóż, połowa kieszonkowego poleciała, ale chyba było warto. Nie żebym chciał przekonywać ją prezentami. Mogę się tylko założyć, że ilekroć skropi tymi perfumami szyję, pomyśli właśnie o mnie…
Oderwałem kopertę od nóżki puchacza, nie bawiąc się w rozwiązywanie supłów. Jak najszybciej chciałem zobaczyć jej pismo, łzy odciśnięte na pergaminie, a może wyobrazić sobie, jak pisała list trzęsącą się ręką ze zdenerwowania…
Taaa, to zdecydowanie nie było jej pismo. Cholera jasna, kto więc?!

Do cholery jasnej.
Nie będę się z Tobą dłużej cackać.
Mam dość tego, że ranisz Hermionę, znikasz bez żadnego słowa, a potem pojawiasz się z całym zasobem słów, przez które ona płacze po nocach.
Jestem pewna, że tej nocy nie prześpi spokojnie.
Wiesz, do cholery, przez kogo?!
Tak, durniu pieprzony.
Ty, Ty, Ty!
Ty zresztą godzien nie jesteś aby pisać Twoje imię z wielkiej litery.
Tak więc.
Nie pozwolę już jej zranić. Nie dopuszczę cię do niej nawet na krok.
Tak, ciebie.
Ciebie z małej litery. Ciebie, ciebie, ciebie, ciebie.
Nie szanuję cię, przykro mi. Ale kto by miał szacunek do kogoś takiego jak ty?! Fałszywy, nędzny hipokryto?!
Pozdrawiam. Serdecznie.
I krzyżyk na drogę!

Weasley, pomyślałem od razu. Bo kto inny? Pewnie broni „swojego”, w końcu Potterek szmaterek ma tą rudą… O. A może ona? Skąd miałem to wiedzieć…
Nie mam pojęcia zielonego, czyje to pismo. Nigdzie go nie widziałem i nie mam zamiaru. Bo szczerze mówiąc, od listu wiało takim… Lekko podirytowaniem w moim kierunku.
Cholera…
Spojrzałem w okno, ale przed oczami miałem tylko ją. Jej oczy pełne bólu, patrzące gdzieś w bok. I ta ciemność. Ta zatęchła cela, w której musiałem ją umieścić… Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co przeżywała, gdy leżała tam prawie całe dwa dni. Nie widząc nic, żadnego światła, chociażby cienia nadziei.
Przecież nie mogłem pozwolić, żeby ją zabili.
Nie mogłem dopuścić żeby zrobili coś matce.
No i ja. Boję się śmierci. Jestem za młody, tak wiele przede mną… A ta przysięga. Pieprzona przysięga. Czemu to wszystko takie trudne?
Zamknąłem oczy. I ujrzałem jej twarz, roześmianą, z rumieńcami na policzkach. Włosy okalały jej twarz, lśniące grube pukle, pachnące kwiatowym szamponem… I te perfumy. Jaśminowe? Nigdy nie zapomnę jej zapachu.
Jak oni mogli w ogóle sądzić, że potrafię być bez niej szczęśliwy?
Hermiono… Gdzie jesteś, kiedy cię nie ma?

************

`Kiedy odchodzisz – liczę, ile kroków już stawiłeś
Czy widzisz jak mocno cię potrzebuję?

Gdy cię nie ma
Każdy kawałek mojego serca za tobą tęskni
Gdy cię nie ma
Twarz, którą znam też za tobą tęskni
Gdy cię nie ma
Słowa, które chcę usłyszeć by przebrnąć przez dzień
I czuć się dobrze
To „Tęsknię za tobą”…`*

Myślałam, że będę silna. Że pokonam tęsknotę, jak coś, co z łatwością się pokonuje. Jak krawężnik na chodniku, omijany jednym krokiem. A tu niespodzianka. To nie jest jak krawężnik. Tylko świadomość, że powietrze, bez którego nie potrafisz funkcjonować… Odpłynęło.
Widzisz, jak przez ciebie cierpię? Dlaczego tak bardzo chciałabym usłyszeć słowa, te kilka słów? „Brakuje mi ciebie”… „Tęsknie za tobą”…
Te dni w ciemności, dni, których nawet nie potrafiłam zliczyć, w których każda sekunda wlokła się jak minuta, minuta jak godzina, a godzina jak wieczność… A wiesz dlaczego? Bo wiedziałam, że to przez ciebie. Wiedziałam, że ciebie przy mnie nie ma. Że oszukałeś mnie, a klucz do mego serca wyrzuciłeś, jak zużytą, zbędną zabawkę, a drzwi do serca zostawiłeś niedomknięte…
Moje serce to nie jest zabawka. Nie jestem kolejną łatwą panienką. Nigdy nie byłam.
Brakuje mi ciebie. Tak bardzo. A łzy, które spływają… Nawet już ich nie liczę.
Gdybyś był koło mnie nie pozwoliłbyś mi płakać.
Przytuliłbyś i złapałbyś łzy, zanim napłynęłyby do oczu.
Wszystko co robię, wszystko na co patrzę, przypomina mi o tobie. Niczym cień, kroczysz za mną, w każdym momencie chłonę twą obecność przerywanymi oddechami.
Gdzie jesteś, kiedy cię nie ma?

Opublikowano Hermione and Draco: love and hate, Nastolatki, Opowiadania | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

43. JAK BYĆ ZAKOCHANYM

Girlandy porozwieszane w niemalże każdym zakątku domu, czerwone skarpety zwisające przy kominku, choinka ustrojona w barwach złota i czerwieni, gdzie kilka bombek przypominało nawet coś na kształt znicza, roznoszący się zapach pieczonych potraw i dopiero co wyjętych z piekarnika ciast – to wszystko sprawiało, że święta miały zupełnie inny charakter niż zwykle tam, gdzie spędzała je Hermiona. To znaczy w domu, u swoich rodziców mugoli. Z pewnością tam skarpety nie bujały się, a na podwórzu nie biegały rozchichotane gnomy z komicznymi czerwonymi czapeczkami na głowach. Nie było tej magii.
Gryfonka, zanosząc potrawy na świąteczny stół, uśmiechała się serdecznie do wszystkich gości napotkanych po drodze z kuchni na dwór, gdzie Weasleyowie rozstawili długi stół, połączony ze wszystkich jakie mieli Zaklęciem Tymczasowego Przylepca. Cóż, złączone ze sobą pojedyncze stoły nie pasowały idealnie do siebie szerokością, ale nikt nie zwracał na to uwagi, zwłaszcza gdy wokół panowała tak przyjazna i świąteczna atmosfera.
– Hermiono, przepracujesz się, są Święta, na miłość boską – powiedziała Tonks, szczerząc się do niej z miejsca na wprost, gdzie Gryfonka postawiła pudding i ciasto z bakaliami.
– Chcę pomóc, naprawdę, to nic…
– Przestań, nie zaprosiłem cię tutaj, abyś zanosiła na stół żarcie jak jakiś skrzat domowy. No i, zamiast nieść je rękoma, mogłabyś użyć Leviosa – prychnął z uśmiechem Ron, znajdując się nagle koło niej. – Moja mama załatwi już resztę, zobacz ile do tej pory zrobiłaś – dodał, wskazując na stół, który uginał się od potraw.
– Zauważ, że nie ja to jedzenie przygotowałam tylko twoja mama, Ron, więc staram się chociaż ułatwić jej życie, przynosząc je tutaj. Ty byś nic nie robił, ale ja…
– Dobra, nie będę się z tobą kłócił, ale do cholery, zrobię ci krzywdę jeśli pójdziesz po kolejną porcję jedzenia.
Dziewczyna roześmiała się i cmoknęła przyjaciela w policzek.
– No dobra, dziesięć minut przerwy – powiedziała. – Gdzie Harry?
Czekając na odpowiedź ze strony Rona, machnęła różdżką w stronę drzew. Na ogołoconych gałęziach zalśniły złoto-czerwone bombki.
– Ślicznie. Harry? Prawdopodobnie z Ginny, ale chciałem…
– Idzie – przerwała mu. – Harry! – pomachała chłopakowi, który właśnie wychodził razem z Ginny z ogródka. Natychmiast, oczywiście trzymając się za ręce, podążyli w ich stronę.
– O taak, Quidditch wymiata – powiedziała, uśmiechając się na widok mioteł w ich rękach. – Nie znudziło ci się wygrywanie? – zwróciła się do Harry’ego, szczerząc zęby.
– Wiem, niesamowite co? Dawno nie graliśmy, sądziłem, że to pewna sprawa – odparł chłopak. – Ale muszę zwrócić honor, Krukoni naprawdę dobrze sobie radzili…
Ginny prychnęła.
– Myślałam, że Rowens uderzy się pałką w głowę, taki był zły. Ale to jak złapałeś znicza było po prostu brawurowe! A wracając do naszej gry przed chwilą… To ile razy jeszcze udasz, że nie nadążasz za piłką? – wytknęła język, a on pocałował ją czule w czoło.
– Tobie zawsze dam wygrać.
– Oooo. – Hermiona popatrzyła na nich, uśmiechnięta od ucha do ucha. – Właśnie, Ron, powinieneś żałować, że nie grałeś. – odezwała się do chłopaka po chwili. – Widziałeś jak ten… Jak mu tam… Sendran?… Bronił? Wymachiwał rękami we wszystkie strony jak pajac. Myślę, że powinieneś zagrać następnym razem.
– Raczej to niemożliwe.
– Mówiłam mu, to skończony kretyn… – mruknęła Ginny.
– Ja, jako kapitan drużyny, rozkazuję ci grać następnym razem. Wiesz jak ten Sendran się panoszy?! – Harry zamilkł, szukając odpowiedniego określenia. Patrząc gdzieś w stronę ogródka, dodał: – Jak gnom w śniegu!
Roześmiali się z tego naprawdę kiepskiego żartu, a później, gdy Hermiona już zaniosła ostatnią część potraw na stół, zasiedli wszyscy razem. Lupin obejmował ramieniem Tonks, Hagrid siedział na dwóch złączonych krzesłach, bo jedno mu nie wystarczyło; Fred i George, choć wciąż dymiło im z uszu po testowaniu swoich nowych wynalezionych cukierkach usiedli koło Billa i Fleur, a ta wdzięczyła się, trzepocząc rzęsami i odgarniając włosy raz w tę a raz w drugą stronę. Charlie nie mógł się zjawić, ale obiecał, że przyjedzie w drugi tydzień wolnego. Percy nie odpowiedział na list, niezwykle zajęty pracą jak zwykle. Tak więc, prawie cała rodzina w komplecie.
W końcu pani Weasley wniosła razem z Arturem talerz pełen opłatków, a gdy już wszyscy złożyli sobie życzenia (Ron niezbyt się wysilił po tym, jak Hermiona co najmniej dziesięć minut mu je składała, a Harry i Ginny odeszli na bok, aby wyrazić swoje uczucia w sposób niewerbalny) zabrali się za jedzenie.
– Tak więc, chciałbym wznieść toast za naszą wspaniałą drużynę Gryffindoru, w tym świetnego szukającego Harry’ego! Kolejne kapitalne zwycięstwo! – powiedział pan Weasley, po czym wszyscy wzięli po łyku ze swoich szklanek.
Później już rozległ się gwar, wszyscy pogrążeni w rozmowie, nawet nie zauważyli, jak zrobiło się późno i nadszedł czas, aby położyć się do swoich łóżek i odpłynąć w zupełnie inny świat.
Hermiona już poderwała się, aby posprzątać naczynia, ale pani Weasley powiedziała stanowczo:
– Daj spokój, na pewno jesteś zmęczona.
– Na pewno nie tak, jak pani, pani Weasley – odparła, uśmiechnięta.
I skończyło się na tym, że obie sprzątały do późna, a Hermiona, szczęśliwa, że wróciła wreszcie do normalnego życia i do tej pory ani razu nie pomyślała jeszcze o Malfoyu, w końcu podziękowała za kolację i skierowała się do swojego pokoju.
Tylko przeszła przez jego próg, gdy rozległo się natarczywe pukanie w szybę. Otworzyła okno, pozwalając szarej sowie wlecieć do pomieszczenia, aby nikogo to stukanie nie obudziło. Odczepiła szybko list i zabrała się za czytanie.

oboje czegoś szukamy
baliśmy się znaleźć
łatwiej być załamanym
łatwiej się schować

patrzę na ciebie wstrzymuje oddech
pierwszy raz w moim życiu jestem przestraszony na śmierć
łapię szansę pozwalając ci wejść do środka

czuję że się żyje na nowo
tak głęboko jak niebo pod moją skórą
jak być zakochanym mówi
pierwszy raz
może jestem w błędzie
ale dobrze wiem gdzie należę
gdy jestem z tobą tej nocy
jak być zakochanym
czuć to pierwszy raz

świat który w tobie dostrzegam
czekam aż wcieli się w moje życie
pobudza mnie do marzeń
rzeczywistość w twoich oczach
rozbijamy się
z niewiadomych przyczyn
gubimy się w tym
ale czujemy się jak w domu*

Wesołych Świąt, Hermiono.

Chad.

Hermiona poczuła jak żołądek podskoczył jej do gardła. Na jej dłoniach wystąpiła gęsia skórka, sama nie wiedziała czy od podmuchu wiatru czy treści listu. Poczuła się dziwnie. Co najmniej dziwnie. Zupełnie nie wiedziała co ma zrobić. Odpisać? Zignorować? Nagle żyła na jej skroni zaczęła niebezpiecznie pulsować i z wściekłością cisnęła listem na podłogę.
„Na co on sobie pozwala?! To miała być przyjaźń, i tylko przyjaźń!” – pomyślała, siadając na łóżku. Naprawdę wspaniałe zakończenie cudownego dnia.
„jak być zakochanym mówi pierwszy raz”.
W jej głowie kotłowało się milion myśli, a o wiele więcej pytań. Każda teza z osobna prowadziła do dalszego problemu. Aż w końcu utknęła, nie potrafiąc odpowiedzieć na jedno, ważne pytanie. Dlaczego jej życie nie może do końca się ułożyć, tylko zawsze musi coś z niego wystawać?!
Ot, taki Rowens. Przystojny, fantastyczny, seksowny. Ale tylko jako przyjaciel! Bo ogólnie rzecz biorąc i kierując się rozumem, można stwierdzić, że przyjaciel nie próbuje całować cię na oczach pozostałych przyjaciół i nie pisze listów o TAKIEJ treści.
„może jestem w błędzie ale dobrze wiem gdzie należę”
Może on wiedział, gdzie jest jego miejsce. Może on był pewien tego, co czuje. Może? A może jednak był w tym zasranym błędzie? A może właśnie do cholery się mylił?!
„jak być zakochanym czuć to pierwszy raz”
„Już byłam” – pomyślała, podnosząc list z podłogi. „I nie chcę tego nigdy więcej.”

Po bardzo długiej chwili refleksji nad tekstem listu od Chada do pokoju cichutko weszła Ginny.
– Nie śpisz jeszcze? – spytała zdziwiona.
Hermiona pokręciła głową. Bez słowa podała jej list do ręki.
– Co to…? – Ruda chwyciła pergamin i zaczęła czytać, a w miarę jak zbliżała się do końca jej oczy rozszerzały się i rozszerzały ze zdziwienia, a gdy tylko dobrnęła do starannego podpisu Chada poczuła piekące łzy, wzbierające w kącikach oczu. – To… To piękne… – powiedziała cicho, puszczając list na pościel. – Co… W tym złego, Hermiono?
– Ja ni…
Hermiona zamilkła w pół słowa. Bo to pytanie było kolejnym z tych, które zaliczała do pytań bez konkretnej odpowiedzi.
– Boisz się? – szepnęła Ruda, siadając koło przyjaciółki.
– Tak – westchnęła w końcu Gryfonka. Zamilkła na chwilę. – Nie chcę ponownie być raniona i ranić… Rozumiesz? – tak, tak właśnie było. Chciała zaznać szczęścia. Spokojnego życia normalnej, cywilizowanej nastolatki. – Chcę żyć jak szczęśliwa osoba…
– Nie ma szczęśliwej osoby, która by kochała kogoś ale bałaby się z nim być.
Minęła chwila zanim Hermiona odpowiedziała.
– Ale Gin, ja go nie kocham.
– A mi się coś wydaje, że czujesz do niego więcej niż myślisz. – Ruda wstała i chwyciła za piżamę, leżącą na szafce. – Przebieram się i idę spać. Jutro ci opowiem, jak było.
„Ach. Z Harrym.” – pomyślała Hermiona, próbując się nie krzywić. Kiedyś to Ginny zazdrościła jej miłości i szczęścia. To ona była tą, która nie miała ani tego ani tego, pytała o rady, bała się. Teraz? Zdecydowanie Weasleyówna była na lepszym miejscu. To ona jest tą, która posiada osobę, którą kocha z wzajemnością. To nie ona była porwana przez Śmierciożerców, dręczona, co jak się później okazało – zdradzona przez własnego chłopaka. To nie ona padła ofiarą zakładu, kłamstw, tylu intryg…
– Ja też się chyba położę – stwierdziła głośno, aby odgonić natłok myśli. – Jestem padnięta…
PUK, PUK, PUK!
– Cholerne sowy! – warknęła Ginny, uchylając okno i wpuszczając dużego puchacza. Przez chwilę machał skrzydłami pod sufitem, prezentując swoje piękne czarne pióra, a po chwili zleciał w dół i przysiadł na biurku. Zahukał głośno z wyrzutem, zapewne podirytowany, że do tej pory nikt jeszcze nie odczepił listu od jego nóżki.
– Na pewno nie z Hogwartu… Tam nie ma takich sów… – powiedziała Gryfonka. A gdy tylko to powiedziała dotarło do niej jedno.
Malfoy.
Nie zastanawiając się chwyciła kopertę, upewniając się, czy list zaadresowany jest do niej. Tak było. Hermiona Granger – widniał staranny, gruby napis na środku. Szybko wyjęła pergamin z koperty, powiedziała do Ginny:
– Później ci powiem. – i wybiegła z pokoju.

Rozejrzała się po kuchni, było pusto. Fleur i Bill chodzili po podwórku, trzymając się za ręce (choć było grubo po pierwszej w nocy), a pani Weasley rozmawiała z mężem w salonie. Słysząc ich przyciszone głosy, Hermiona szybko usiadła przy stole i zaczęła czytać.

Więc tak. Wesołych Świąt. I szczęścia.
Naprawdę chciałbym żebyś była szczęśliwa. Na niczym innym mi nie zależy. Nawet moja popieprzona rodzina może dalej taka być jaka jest tylko żebyś ty odnalazła jakąś radość.
Wiem że słowami nie wyjaśnię wielu rzeczy. Wiem że słowami nie sprawię że nagle mi wybaczysz. Ale chcę żebyś wiedziała, że… Moje serce zawsze należało do ciebie. Zawsze. Mimo wszystkich głupich kłótni. Tych durnych głupich ostrych kłótni.
Zostawiłem to serce przy tobie. Mam nadzieję że się nim zaopiekujesz. Chociaż tyle.
Nie umiem pisać o uczuciach. Mówić też. Ale Ty o tym wiesz. Zawsze wiedziałaś…
Nie wiem gdzie stawiać przecinki. Nigdy nie byłem dobry z pisania.
Ale przynajmniej piszę… Z serca.
Którego już w zasadzie nie mam. Teraz masz je Ty. Co z nim zrobisz pojęcia nie mam ale chcę po prostu życzyć Ci Wesołych Świąt.

PS: Puchacz przy drugiej nodze ma drugą kopertę. Prezent ode mnie.

Draco

Rzeczywiście, pisarzem najlepszym nie był. Zdania proste, przecinków brak, akapitów zero a sama treść… I co z tego, skoro nawet te proste słowa, złożone zupełnie bez żadnego ładu, poruszyły Hermionę do głębi?
Wstała i chwiejnym krokiem weszła po schodach na górę. Zanim dotarła do drzwi od pokoju minęła co najmniej godzina – a może tylko jej się tak wydawało? Klamka opadała niewiarygodnie powoli, same drzwi otwierały się w ślimaczym tempie. Weszła do pokoju, zamknęła drzwi za sobą. Nie patrząc na Ginny oparła się o framugę i powoli osunęła się o ziemię. Wszystko było dziwnie rozmazane. Inne. Szare.
Ginny natychmiast podleciała do niej, z białą kopertą w ręku.
– Hermiono, kto to był? Chad? Malfoy? Krum? Przysłał to…
Wyjęła z koperty mały flakonik jasnoróżowych perfum.
– Spójrz na nazwę…
J’adore.**
– Malfoy… Prze… Przeczytaj… – powiedziała Hermiona łamiącym się głosem, wtykając w dłoń przyjaciółki pergamin, a następnie zamknęła oczy, pozwalając spłynąć słonym łzom po twarzy, po raz pierwszy od tylu chwil. Nie potrafiła już dusić uczuć w sobie, chciała dać upust emocjom, wyjść na dwór, wykrzyczeć, może nawet kogoś uderzyć, wyklinać. Tylko po to, żeby poczuć się lepiej.
Ruda pogrążyła się w lekturze. Od czasu do czasu zerkała na przyjaciółkę z niepokojem.
– Co on sobie wyobraża… – pokręciła głową, a następnie usiadła obok Hermiony, obejmując ją ramieniem.
– Ja… Ja nie wiem co mam robić… – wychlipała Gryfonka, wtulając się w jej ramię. – Chciałam być silna ale nie potrafię. Draco jest jak p-powietrze. Nie potrafię… – Zamilkła, przełykając głośno łzy. – Duszę się, g-gubię…

`Kawałek z życia boli bardziej niż jego całość…
Zawołać o pomoc okazuje się czymś za mało.
Nie wystarczy podać mi ręki na zakręcie…
Gubię się gdy mam przed sobą tą ciemną przestrzeń…
Idąc przed siebie, próbując zapomnieć
potykam się o fakty i o miliony tych wspomnień…
Pytam się siebie jak długo wytrzymam
bo tracę już grunt nie mam się czego przytrzymać.
Zdana na siebie próbuję z tym walczyć
i dopisać znów marny scenariusza ciąg dalszy.`***

– Słuchaj, pogadam z nim. Rozumiesz? Wrócimy do szkoły, a ja mu nagadam – powiedziała Ginny, wściekła na Malfoya, że pozwolił popaść jej przyjaciółce w taki stan. – Rozumiesz? Nie pozwolę mu na takie traktowanie ciebie, kochanie…
Hermiona pociągnęła głośno nosem i otarła łzy wierzchem dłoni.
– Dz-dziękuję…
Ruda niewiele myśląc wstała. Zdjęła pergamin z półki i wyjęła kałamarz z szafki. Ignorując pytania Hermiony (Co ty robisz?), chwyciła pióro i nabazgrała parę słów. Zupełnie nie zastanawiała się nad treścią. Po prostu pisała. Adresując list, przy nazwisku Malfoy dopisała czyli durny egoista.
– No. Teraz mi nie podskoczy. – stwierdziła z dumą, przywiązując list do puchacza. – Razem damy radę.
Stworzenie oderwało się od biurka, zadrapując jego brzeg pazurami. Z głośnym trzepotem skrzydeł puchacz wyleciał z pokoju.
– Wiesz, że cię kocham, Ginny?
Ruda usiadła znów koło niej na podłodze. Mimo, że wiatr ciągnął od otwartego okna, a podłoga była wilgotna po ostatnim odstraszaniu kornikowców zimowych, nie przeszkadzało im to. Po prostu chciały objąć się jak najmocniej.
– Wiem, Hermiono. Wiem.

Opublikowano Hermione and Draco: love and hate, Nastolatki, Opowiadania | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

42. NARUSZY NARZUCONY ŻYCIU TOR

Harry i Ron szeptali coś między sobą gorączkowo, a Hermiona czuła narastającą w jej wnętrzu irytację.
– Nie, znowu będzie to samo… – szepnął Weasley, może trochę za głośno.
– Przecież nie zrobiłem jej nic złego, ona…
Gryfonka odchrząknęła.
– Powiecie mi wreszcie, o czym z takim zapałem szepczecie beze mnie?
Ron zatrzymał się i wykręcając sobie ręce z dziwny sposób powiedział:
– Bo Harry i Ginny…
Dalej nie powiedział nic. Umilkł, przestępując nerwowo z nogi na nogę, kołysząc się przy tym na stopach. Wyglądał jak małe dziecko, które coś nabroiło i straszliwie boi się kary.
– No co, zeszliście się? – spytała Hermiona Harry’ego, próbując nie patrzeć na kołyszącego się Rona żeby nie wybuchnąć śmiechem.
– Ja… To był tylko pocałunek! – odparł Wybraniec takim tonem, jakby się usprawiedliwiał. – I do tego to ona zaczęła! Bo…
– Nie denerwujcie mnie, do cholery jasnej! – przerwała mu Hermiona i wzięła głęboki oddech, patrząc gdzieś przed siebie. – Ron, przestań się tak komicznie wyginać – dodała, przewracając oczami, a Rudzielec wymamrotał coś i stanął prosto. – Dziękuję – powiedziała i spojrzała na Harry’ego. – Czemu robisz taki problem z czegoś, co jest oczywiste od paru lat?
Harry burknął coś pod nosem.
– Przecież wszyscy wiedzą, że się kochacie – dodała lekko zdziwiona. – Wszyscy czekają na moment, w którym ogłosicie rodzinie, że jesteście razem a swoje obawy odłożysz w daleki kąt. Po prostu daj kawałkom się złożyć…
– Nie rozumiesz, że tym samym narażam ją na niebezpieczeństwo? – Harry zastanowił się przez chwilę. – Na niebezpieczeństwo ze strony Voldemorta.
– Oj, przestań! Dobrze wiemy, że sobie poradzisz. Musisz. I… – podeszła do niego, kładąc dłoń na jego ramieniu. – …my wierzymy w ciebie. Z Ginny będzie dobrze, zaufaj mi. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, ja, ty i Ron…
– Nigdzie ze mną nie idziecie. Dobrze wiecie, że…
– Że ta decyzja zapadła w momencie naszego poznania. Gdzieś tam w górze. – wtrącił Rudzielec, pokazując palcem na sklepienie. – I nie pytamy cię o zdanie, stary – dodał, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. – Zrobimy to, co do nas należy, tak? A przyjaciele powinni się wspierać.
– Chyba mam jednak prawo coś powiedzieć? – warknął Harry, powoli tracąc nad sobą panowanie. – Nie będę was narażał dla czegoś, co powinienem zrobić sam…
– O nie – zaprotestowała Hermiona. – Nie jesteś sam i nigdy nie będziesz. Rozumiesz?
Otworzyła drzwi od sali i weszli na pokrytą delikatną rosą trawę, wpatrując się w niebo, usypane dziwnymi ognistymi planetami, latającymi w tę i z powrotem.
– Dokończymy tę rozmowę po wróżbiarstwie – szepnęła Gryfonka, siadając z przodu, koło Firenza.
Harry westchnął i wymienił spojrzenia z Ronem.
– Wiedziałem, żeby nie zaczynać tego tematu…
I oboje usiedli, chcąc nie chcąc, wsłuchując się w spokojny głos centaura.

– Więc? – podjęła od razu temat Hermiona, gdy tylko opuścili salę. – Harry, masz zamiar znów konfundować Ginny na tyle, że nie będzie wiedziała, co ze sobą zrobić, czy masz w tym jakiś cel?
– Ja ją kocham – wypalił Wybraniec, starannie unikając wzroku Rona. Przez chwilę pożałował tego, co powiedział, jednak reakcja przyjaciela co najmniej go zdziwiła.
– No to świetnie, cieszę się jak cholera!
Gryfonka popatrzyła na Rona jak na wariata.
– Idź do niej i powiedz jej wprost! Bo jeszcze się rozmyśli i wróci do Deana. A ja naprawdę chciałbym, żeby komuś z nas się ułożyło… To znaczy… – bąknął, patrząc na Hermionę zmieszany. – Po prostu…
– Daj spokój… – ucięła cicho dziewczyna, a oczy jej rozbłysły. – Przyszła twoja ukochana, Harry – uśmiechnęła się, pokazując podbródkiem na Ginny, która weszła na dziedziniec z drugiej strony.
Przez chwilę jej oczy błądziły w poszukiwaniu przyjaciół, ale gdy tylko napotkała wzrok Pottera, zarumieniła się i sięgnęła dłonią do miedzianych włosów, zgarniając część na palące ją policzki. Czuła się tak, jakby dopiero go poznała, zupełnie jak w pierwszym dniu, gdy Ron przybył z nim do Nory, a ona była zbyt nieśmiała, zbyt głupia, żeby zagadać… Szczęście wypełniało jej płuca, rozsadzało klatkę piersiową i dymiło uszami. Bo kochała. Z wzajemnością.
Harry i Ginny zniknęli za filarem pogrążeni w rozmowie, a Ron popatrzył na Hermionę jeszcze bardziej zmieszany.
– Ja… Tylko…
– Naprawdę świetnie to załatwiłeś. Dziękuję – posłała mu uśmiech, a później spojrzała na świeżo upieczoną parę, zmierzającą w ich kierunku.

************

Zdecydowanie Malfoya nie interesowało to, że w tym momencie trwają zajęcia z transmutacji. Siedział, w zadymionym od dymu papierosowego dormitorium, zastanawiając się, czy nie za dużo powiedział Rowensowi. „Przynajmniej… Albo raczej… MOŻE sprawi, że Granger porozmawia ze mną…” – pomyślał, krzywiąc się. Przykładając filtr do ust, zaciągnął się mocno; aż poczuł, że dym wypełnia całe jego płuca. Mimo uczucia, że w środku kłębi się coś, co niszczy jego zdrowie, poczuł się o wiele lepiej niż rano. Wciągnął kolejny raz. I jeszcze jeden. Przynosiło mu to takie ukojenie…
Wstał, strzepując popiół na dywan. Nie zaprzątał sobie w tej chwili głowy tym, że to ojciec zapłacił za niego. Bo w sumie co z tego, skoro i tak nie żyje, prawda?
Machnął różdżką, a dormitorium wypełniło się zapachem słodkich kwiatów. Nie przepadał za taką słodyczą, ale mimo wszystkiego zaklęcie było przydatne – przynajmniej nie rozchodził się swąd jego uzależnienia po dormitorium. Pomyślał, że warto byłoby podziękować przy następnym spotkaniu Blaise’owi za tę formułkę.
Spryskał szyję wodą toaletową i podążył na lekcję. Jedna nieobecność to jeszcze nie problem, Snape to jakoś załatwi. Ale niestety wiedział, że jeśli nie będzie go na więcej lekcjach niż jedna dostanie szlaban od niego. A szlabany od Nietoperza cechowały się robieniem czegoś bez użycia magii.
Prychnął cicho, schodząc w dół schodów.

`Stoję znów bez płaszcza, sam, pod deszczem zimne serce.
Zimne policzki, zimny bark, zimne ręce
jak zawsze nie tu gdzie trzeba życie mi zatacza pętle.
Czy to moje zimne ja, czy to moje ego nie wiem…
Wiem, że z nieba spodziewałem się czego innego`*

************

Czwórka przyjaciół siedziała na środku dziedzińca transmutacji, w oczekiwaniu na lekcję. Mimo hałasu, jaki wokół nich wykonywała reszta uczniów, to pojedynkując się na nowo poznane zaklęcia, to powtarzając daty z historii magii było spokojnie i przyjemnie. Może powodem tego była dobra pogoda? Śnieg stopniał, a słońce pokazało się zza wież Hogwartu, jakby myliło zimę z wiosną. A może to, że nie zaprzątali sobie głowy Malfoyem? O tak, zaczepki wciąż nie ustawały z jego strony, ale wiedzieli, że coś odeszło; jakaś sprawa zniknęła i nigdy nie wróci, dając miejsce całkowitemu spokojowi.
– Właśnie, przypomniało mi się coś – powiedziała nagle Hermiona, przeciągając się leniwie, czując jak promienie słońca muskają delikatnie jej skórę. – Czemu… – spojrzała na Harry’ego z wyrzutem. – …Ron nie gra już w drużynie?
– Bo jest palantem – mruknęła cicho Ginny, ale nikt na szczęście tego nie usłyszał.
Harry z Ronem wymienili spojrzenia.
– To była jego decyzja – odparł Wybraniec spokojnie. – Kłóciłem się z nim i próbowałem mu wbić do tego łba, że umie grać, tylko ma pewien problem z koncentracją, który nazywa się brak wiary w siebie…
– Przestań się powtarzać – odparł zirytowany Rudzielec. – Nie możemy po prostu tej sprawy odstawić? W Hogwarcie jest tysiąc innych ludzi, którzy z chęcią zajęliby moje miejsce. Kto wie, może będą też tysiąc razy lepsi?
– Nikt nie jest lepszy od ciebie w tym zamku, Ron – odparła Hermiona, przekładając stronę książki, którą przeglądała.
Na twarzy Rudzielca pojawiło się jakieś dziwne zmieszanie z zawstydzeniem.
– Jeśli zależałoby ci na nas, to myślę, że byś zagrał. Chociażby nie dla wygranej, ale dla zabawy, tak? Po prostu masz bronić piłki. To takie trudne?
– Hermiono, Quidditch to nie zabawa… To życie… – odparł Harry, lekko podirytowany jej nieznajomością tego świetnego sportu. – I ma nie bronić ‘piłki’, tylko kafla…
– Jedno i to samo – odparła, nie podnosząc wzroku znad książki.
– Nie, to dwie…
– Tu jesteś, szukałem cię pół dnia…
Gryfonka uniosła głowę i posłała promienny uśmiech w stronę Chada.
– Pozwolicie, że wam ją ukradnę na chwilę? – spytał chłopak, szczerząc zęby.
Ron uśmiechnął się krzywo, ale nic nie powiedział; Harry popatrzył na niego spode łba. Rowens sądząc, że jest to wyrażenie przez nich zgody podał rękę dziewczynie, aby wstała i oboje odeszli na drugi koniec dziedzińca.
– O co…
– Malfoy cię szuka.
Hermiona założyła ręce na piersi i popatrzyła na niego, zastanawiając się, czemu to mówi, po co to robi; dlaczego odciągnął ją od przyjaciół, tego szczęścia, aby przypomnieć wszystko to, co chciała puścić w niepamięć…
– Po co? – spytała w końcu, ale słowa ledwo przeszły jej przez gardło.
– Pytał się mnie gdzie jesteś i powiedział, że ma ci coś bardzo ważnego do powiedzenia, coś… – Chad zamilkł na chwilę, próbując sobie przypomnieć jego słowa. – …”co całkowicie zmieni was oboje, naruszy narzucony życiu tor”.
Hermiona przełknęła głośno ślinę.
– Próbuje bawić się w poetę aby uwieść mnie, a następnie zostawić? – prychnęła w końcu, siadając na kamiennej ławce.
– Nie wiem…
Rowens usiadł koło niej, kładąc dłoń na jej dłoni. Hermiona poczuła jakby przeszył ją zimny prąd, ale nie zabrała ręki. Wierzch jej dłoni przyjemnie palił.
– Ja… Boję się.
– Nie masz czego… – szepnął, obejmując ją ramieniem. Dłoń Gryfonki, jak przedtem paliła, tak ze zniknięciem jego dotyku stała się lodowato zimna.
Nagle poczuła, że w jej oczach wzbierają łzy. Odwróciła głowę, próbując powstrzymać oznakę słabości, która niepowstrzymanie napływała jej do oczu.
– Boję się, że wróci to, co miało na zawsze zniknąć. Coś, co nie powinno mieć miejsca. Coś… Co po prostu nie pasuje…
– O czym mówisz? – spytał cicho Krukon, lekko przesuwając palcami po jej ramieniu.
– O… – przez chwilę chciała powiedzieć „Malfoyu”, jednak to słowo utknęło jej gdzieś w gardle. Słowo „nas” wypchnęło się do przodu, ale w ostatniej chwili Hermiona zamknęła usta. Jeszcze tego by brakowało. Kolejnego nieudanego romansu z osobą, na której jej zależy.
Rowens popatrzył na nią wyczekująco.
– Ja nie wiem – powiedziała w końcu, odpychając jego dłoń. – Po prostu to wszystko jest nie tak, jak powinno… – zamilkła, przymykając oczy. – To, czego byłam pewna znikło. Nic nie jest tak jak było.
– Kiedyś będzie.
– Kiedyś? – powtórzyła. – To termin nieokreślony. Ja chcę szczęście teraz, w tej chwili.
– Nikt ci nie broni dosięgać szczęścia, gdy masz je tuż koło siebie… – szepnął, patrząc gdzieś w bok.
– Chad, proszę… Myślałam, że…
I wtedy przysunął się tak blisko, że wstrzymała oddech z wrażenia. Ich wargi niemal się stykały. Popatrzył jej w oczy z niepewnością, jakby z zapytaniem, czy może. Czy warto? A jej zabiło serce tak szybko i głośno, że przez chwilę przestraszyła się, że Ron z drugiego końca dziedzińca usłyszy je i zorientuje się, że nie traktuje Rowensa z nim na równi. Poczuła ciepły oddech Krukona na swoich ustach, jego zapach…
– Nie – warknęła, odsuwając się. – Nie – powtórzyła, wstając. – Myślałam, że rozumiesz, ale najwyraźniej nie potrafisz. Przykro mi, ale… Wrócę już do Harry’ego i Rona…
– Prawda jest taka, że pragniesz tego bardziej ode mnie – odparł Chad za odchodzącą dziewczyną, a w jego głosie zabrzmiała dziwna nutka wyrzutu.
Hermiona nie odpowiedziała. Jedna łza zaszkliła się w jej oku, ale wstrzymała oddech, nie pozwalając jej spłynąć po policzku. Bo łzy to oznaka słabości… Słabości, której tak bardzo się bała i chciała uniknąć. Już na zawsze.

Opublikowano Hermione and Draco: love and hate, Nastolatki, Opowiadania | Otagowano , | Komentarze są wyłączone

41. POWRÓT DAWNEJ HERMIONY I BUTY MALFOYA

Hermiona, rozcierając jeszcze oczy po nie do końca przespanej nocy, szła parę metrów za Harrym i Ronem, razem z Ginny na śniadanie. Rozmyślała. O wszystkim i niczym. O Chadzie, który ostatnio zachowywał się jakoś inaczej, zupełnie w inny sposób prowadząc rozmowę niż zwykle. Nie mogła zapomnieć, jak seksownie odrzucił grzywkę, wchodząc wczoraj do sali zaklęć.
Te rozmyślania były co najmniej dziwne. I Hermiona o tym wiedziała. Ale po prostu nie mogła przestać i odegnać natrętnych myśli. Głowa pękała jej od tego wszystkiego – bo przecież nie można kochać tylu osób naraz, i to wszystkich niezwykle… No cóż, w ten specjalny sposób. Ron? Przyjaciel. Harry? Przyjaciel. Malfoy? Nawet nie chciała o nim myśleć. No a Rowens?
Ron, niby od niechcenia odezwał się nagle:
– Słyszałem, że Malfoy dziś wychodzi ze Skrzydła.
Ginny posłała mu wściekłe spojrzenie.
– Tak? – Hermiona wbiła wzrok w podłogę, starając się wytrzymać baczne spojrzenia trójki przyjaciół. Dobrze, że oderwał ją od tych rozmyślań, ale teraz czuła się dziwnie rozproszona. – To niezmiernie ciekawe.
– Dla Hermiony już nie – wycedziła Ginny, patrząc na brata z przymrużonymi oczami. – I naprawdę, nie musimy rozmawiać o Malfoyu w tak piękny dzień jakim jest piątek…
– Chciałem tylko…
– Proszę, proszę – rozległ się kpiący głos. – Grzmotter, Wieprzlej i Grangerówna. A, i Wiewióra.
Cała czwórka Gryfonów obróciła się w stronę dochodzącego głosu i ujrzała Malfoya, na którym z jednej strony zawiesiła się Pansy Parkinson, a z drugiej jakaś niska, zgrabna szatynka. Malfoy uśmiechał się krzywo, wbijając stalowe oczy w Hermionę.
Ginny syknęła głośno, pociągając za ramię Hermionę.
– Chodźmy, ta rozmowa jest poniżej naszego poziomu…
– Mała! Nie podskakuj, bo mojego poziomu i tak nie dosięgniesz, jasne? – Draco postąpił krok w przód.
– Racja, tak nisko jak ty już nikt nie upadnie – odwarknęła Ruda, odwracając i kierując się razem z Hermioną do Wielkiej Sali.
– Ale ostra! Taka mała, a taka ognista. – Ślizgon zagwizdał. – Weasley, mówiłem ci kiedyś, że gdybyś nie była plugawym zdrajcą czystej krwi, to może bym się z tobą umówił?
Pansy i szatynka zachichotały paskudnie.
– Zabiję, zabiję… – wydyszał Ron, ale Harry w porę go przytrzymał, szepcząc:
– Nie warto.
– Co jest oczywiście niemożliwe, kotku, bo krwi nie wyczyścisz żadnym zaklęciem – parsknęła głośno Parkinson, wykrzywiając swoją i tak wykrzywioną twarz.
– Cholera, Malfoy, jeśli nadal nie pojąłeś, że w życiu nie jest najważniejsza krew i forsa, to przykro mi, ale twoje życie zawsze będzie tylko nudną…
– Dobra, Wiewióreczko, nie bulwersuj się tak. Żartowałem z tą randką. Nigdy bym…
– Ty nie znasz się na żartach, Malfoy – odezwała się nagle Hermiona, nawet na niego nie patrząc.
– O, Granger, przypomniałaś sobie jak się mówi? – zakpił Draco. – Dobra, moje drogie, idziemy. – i obejmując obie Ślizgonki w pasie, podążył do Wielkiej Sali.
Ron z Harrym odprowadził ich wściekłym spojrzeniem.
– Przysięgam, że następnym razem nawet Harry mnie nie powstrzyma – powiedział Rudzielec, oddychając ciężko.
– Spokojnie, Ron. – powiedziała cicho Hermiona, puszczając ramię Ginny. – Naprawdę nie ma o co…
Otworzyli drzwi i weszli na śniadanie za Ślizgonami. Malfoy co jakiś czas odwracał się i zerkał na Hermionę, oczywiście nie dając po sobie tego poznać. Ginny prychnęła wściekle i zaciągnęła Hermionę na takie miejsce, gdzie siedzieli do stołu Slytherinu tyłem.
– Dzięki – odezwała się Hermiona słabo, nakładając na talerz trochę jajek z bekonem. – Naprawdę go nie rozumiem…
– Bo nie ma czego rozumieć – odparła Ruda. – To po prostu popieprzony gnojek, egoista, frajer…
– Dobra, Ginny – odezwał się Harry, chwytając ją delikatnie za ramię. – Nie ma o czym mówić. – i wskazał głową na Hermionę znacząco. Jej oczy były dziwnie nieobecne.
– Przepraszam… – bąknęła Ginny, nakładając sobie tosty. – Ja po prostu mogłabym o nim puścić całą wiązankę najbardziej wyszukanych epitetów na ziemi…
I wtedy Hermiona zaśmiała się. Tak, jak dawno się nie śmiała.
A wraz z nią przyjaciele.
A ona poczuła. Poczuła się… jakby wróciła.

************

– Idźcie, ja chciałam zajrzeć jeszcze do biblioteki… – Gryfonka uśmiechnęła się do przyjaciół i już odwróciła się na pięcie, by odejść, gdy Ginny przytrzymała ją za ramię.
– Nie idziesz do Malfoya. – spojrzała jej w oczy. – Nie idziesz. – zrobiła krótką przerwę i spojrzała na nią z uwagą. – Rozumiemy się? A jeśli się spóźnisz… Ja… Po prostu nie uwierzę. Nie uwierzę, że go nie spotkałaś.
Hermiona obrzuciła ją zirytowanym spojrzeniem.
– To ostatnie czego teraz pragnę, jasne? Idę do biblioteki. Muszę nadrobić zaległości. Strasznie opuściłam się w nauce – westchnęła, posłała ostatnie spojrzenie przyjaciółce, a później odeszła i po chwili zniknęła za rogiem.

– Nie wiem, czy jej wierzyć – powiedziała cicho Ginny. – Ale nie możemy wiecznie pilnować jej życia.
– Ginny… – Harry podszedł do niej i delikatnie położył dłoń na jej ramieniu. – Ona naprawdę docenia twoją pomoc, ale musi pobyć sama. Jakoś nie widzę jej w bibliotece, uczącej się do sprawdzianu… Po prostu daj jej trochę czasu.
Ron nagle westchnął głośno i odezwał się:
– A ja tęsknię za tamtymi czasami. No wiecie. „Wingardium LevIOSA, a nie LevioSA”, walki z bazyliszkami, dementorami i innymi świństwami…
Ruda uśmiechnęła się i stanęła pomiędzy bratem a Harrym.
– Wiecie co? A ja cieszę się tym, co mam – chwyciła pod ramię obojga i cała trójka wyszła na zewnątrz, most łączący jedną część Hogwartu z drugą. – Nie wyobrażam sobie tego, że kiedyś chodziłam po szkole z dziewczynami ze swojej klasy. Cieszę się, że teraz spędzam czas z wami.
– My też, Ginny.
– To naprawdę szczęście, że mam takich przyjaciół jak wy…
I wtedy, nie wiedząc czemu, rudowłosa puściła brata, Harry nachylił się i oboje złączyli się w delikatnym pocałunku.

************

Hermiona, zadowolona z notatek jakie porobiła i fragmentów książek, jakie przeczytała wyciągnęła się w krześle, obserwując piętrzący się przed nią stos woluminów. Wreszcie jest tak jak kiedyś. Ona, zapach książek, nauka. Tak dobrze poczuła się, wracając do tamtych czasów. Kiedy wszystko było proste, a najważniejsza była dla niej szkoła, oceny, wiedza. A nie chłopcy, miłość i fatalne zauroczenia.
Podparła się na łokciu, zaczytana w kolejnym niezmiernie interesującym fragmencie Transmutacji dla zaawansowanych. Ziewnęła szeroko, odgarniając włosy opadające jej na czoło. Zupełnie nie wyglądała na Hermionę sprzed kilku tygodni. Wiecznie zapłakanej, drażliwej, niepewnej siebie i swych uczuć. Bojącej się najmniejszego kąta w Hogwarcie w obawie, że wyjdzie zza niego Malfoy, a ona nie będzie wiedziała jak postąpić.
Jej serce może nie złożyło się z powrotem idealnie, ale jednak odczepione fragmenty poskładały się w jedną całość. I zupełnie inaczej doznawała uczuć. Potrafiła się znów cieszyć. Wszystko przynosiło jej radość. Chociażby to, że była ładna pogoda za oknem. Chociażby to, że…
Była spóźniona na obiad?!
Spojrzała na zegarek drugi raz, upewniając się co do godziny. I owszem. Obiad w trwał już piętnaście minut.
Wyleciała jak strzała z biblioteki, kierując się ku schodom wiodącym do Wielkiej Sali. Jeśli się spóźni będzie musiała tłumaczyć się Ginny. Chciała tego uniknąć.
I bum.
No cholera jasna. Malfoy.
– Czy ty zawsze musisz wpadać na mnie w takich momentach? – warknęła, rozcierając sobie ramię. – Przepuść mnie, idę na…
– Nigdzie nie pójdziesz, póki sobie czegoś nie wytłumaczymy – Malfoy chwycił ją za ramię i pociągnął, przyszpilając do ściany.
– Świetnie. Zamieniam się w słuch – wycedziła, próbując uwolnić się z uścisku.
– Po pierwsze, nigdy nie zrobiłbym ci czegoś takiego. To wszystko, to całe porwanie, to nie był mój pomysł, do cholery!
– Nie?!
Hermiona wyszarpnęła się z jego rąk i sięgnęła do rękawa jego szaty. Odepchnął ją tak mocno, że uderzyła plecami o zimny mur.
– Nie możesz uwierzyć?!
– Nie! – ryknęła i nim zdążył się zorientować, złapała go za rękaw i szarpnęła, odsłaniając przedramię.
Przez chwilę wpatrywała się w jego rękę oniemiała, aż w końcu puściła go i z szeroko otwartymi ustami spojrzała mu w oczy.
– No i? – prychnął Ślizgon, prostując rękawy.
– Ja… Ja myślałam…
– To źle myślałaś! Mrocznego Znaku nie mam! Nie stałem się Śmierciożercą. I nigdy nim nie będę.
– Co nie zmienia faktu, że zdradziłeś mnie setki razy i oszukiwałeś! – odparła w końcu Hermiona, starając się nie pokazać jak bardzo jej ulżyło. – Nie jestem już w stanie ci zaufać. A teraz puść mnie.
– O nie, Granger. Wysłuchasz wszystkiego.
– Niczego nie wysłucham, rozumiesz?!
Draco znów przyparł ją do muru, wykręcając jej ręce tak, aby nie mogła się wyrwać.
– Czy możesz wreszcie wyjść z mojego życia?! Przestań wwalać mi się z tymi swoimi butami w moje czyste życie! Brudzisz je tym, co w nie wnosisz, jasne?!
– O nie, najpierw ty nadepnęłaś na moje! – odwarknął Draco, przyciskając ją mocniej. – Przywiązałaś się sznurowadłami i je zniszczyłaś, a teraz myślisz, że możesz sobie tak po prostu odejść?!
– O przepraszam! To ty podarłeś moje! Zniszczyłeś, ubrudziłeś błotem, a teraz chcesz…
– Co tu się dzieje?
Zza rogu wyszedł Snape, a poły jego szaty sunęły się za nim po ziemi. Jego mina była wręcz nie do opisania.
– Czy mi się zdaje… Ale czy wy rozmawiacie o obuwiu? – zadrwił, patrząc to na Draco, to na Hermionę.
Ślizgon oderwał się od niej jak oparzony.
– No, Malfoy, sądziłem, że masz lepszy gust…
– Nie obchodzi mnie twoje zdanie, Snape.
– Nie pozwalaj sobie na za dużo, Draco – wycedził mężczyzna, obnażając zęby. – Mam do ciebie sprawę, widzę cię w swoim gabinecie o 20.00. – odwrócił się aby odejść. – I zostaw tę biedną dziewczynę – powiedział na odchodnym.
Hermiona, korzystając z tej nieuwagi poleciała prosto do Wielkiej Sali.

– Obiecałaś, że się nie spóźnisz…
Hermiona zobaczyła w oczach Ginny coś na wzór wyrzutu zmieszanego z rozczarowaniem.
– To nie tak, że go szukałam – usprawiedliwiała się Gryfonka, siadając koło niej. – Wpadłam na niego, gdy szłam do was.
– I co? – spytał szybko Harry, gdy Ginny już otwierała usta, aby coś powiedzieć.
Hermiona nałożyła sobie trochę puddingu.
– Próbował mi się tłumaczyć. Ale ja już mu nie zaufam. Nie chcę słuchać kolejnych kłamstw.
– I tak po prostu odeszłaś? – Ron odłożył widelec i popatrzył na nią uważnie. – Puścił cię?
– Szczerze mówiąc, to z tej całej sytuacji uratował mnie Snape – odparła dziewczyna, przełykając trochę puddingu. – Jestem mu wdzięczna. Zastanawia mnie jedno. Powiedział coś… Powiedział, że ma do niego sprawę. O 20.00 w jego gabinecie.
– Może… Peleryna niewidka? – podsunął Harry, uśmiechając się niewinnie.
– Och, Harry! Nie będę podsłuchiwała nauczyciela!
Oboje wybałuszyli na nią oczy.
– Tyle zrobiłaś i złamałaś przepisów w tym roku, a przejmujesz się tym najmniej poważnym?!
– Nie, chcę po prostu zacząć żyć od nowa. Tak jak kiedyś. Oczywiście wam nie bronię go podsłuchiwać – fuknęła. – Ale ja nie będę brała w tym udziału.
– A co to za różnica, wiadomo, że wszystko ci powiemy… – Ron wzruszył ramionami, patrząc w sufit.
Gryfonka westchnęła teatralnie i powiedziała:
– Chodźcie, bo spóźnimy się na wróżbiarstwo.
I cała trójka ruszyła w stronę wieży. Szli razem przez szkolne mury Hogwartu, postępując krok życia po kroku. Tak jak kiedyś. Bo wszystko to, co było nic już nie znaczy. Nie dla nich. Nie dla Hermiony.

Opublikowano Hermione and Draco: love and hate, Nastolatki | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

40. JA TO NAZYWAM MIŁOŚCIĄ. EGOIZM PODWÓJNIE.

Przez twarz Malfoya przemknął cień, ledwie zauważalny. Nawet nie otarł łez, one same zniknęły, zupełnie jakby potraktował je jakimś zaklęciem wysuszającym. A oczy? Te smutne, puste oczy? Teraz zobaczyła tam jakiś mały, kpiący błysk. O tak, tę maskę już znała. I za nic nie mogła zrozumieć, czemu w jednej chwili ze smutnego wrażliwca przemienił się w pustego, drwiącego ze wszystkiego arystokratę.
– I znów się spotykamy – powiedział, patrząc w okno.
– Taa… – Gryfonka w jednej chwili pożałowała swojej ciekawości. Mogła nadal spokojnie leżeć za tym parawanem, przejmując się jedynie poparzeniami na swojej skórze. A teraz? Miała na głowie Malfoya.
Nadal na nią nie patrząc, Draco prychnął:
– Pozdrowienia od McCalleya.
Hermiona zmrużyła oczy i wpiła wzrok w chłopaka.
– Jak mogłeś?
– Życie jest pełne niespodzianek – blondyn wzruszył ramionami. – A to po prostu MUSIAŁO się stać…
– Co masz na myśli?
– Przez co? – wreszcie na nią spojrzał. A to spojrzenie, już bez śladu kpiny, przeszyło ją na wskroś niczym jakieś zaklęcie zamrażające. Poczuła jak w sercu robi jej się nieprzyjemnie zimno. Odwróciła wzrok, nie mogąc wytrzymać tego dziwnego uczucia.
– Przez „MUSIAŁO SIĘ STAĆ” – powiedziała w końcu, nadal nie mogąc się otrząsnąć od przenikającego ją chłodu.
– Ach. To.
Hermiona założyła ręce na piersi i spojrzała w okno.
– Nie oczekuję, że coś mi powiesz. Zresztą – dodała – nie potrzebuję od ciebie żadnych wyjaśnień.
– …bo sądzisz, że wszystko wiesz, hm?
Odwróciła wzrok od okna i spojrzała na twarz Draco. Doskonale wiedział. Wiedział o rozmowie z Dumbledorem, ale wiedział też, że nie wysłuchała tego, co miał do powiedzenia.
– Rozmawiałeś z Dumbledorem? – spytała. Ale to nie brzmiało jak pytanie. Raczej jak oskarżenie.
Ślizgon kiwnął głową z niechęcią.
– Nie cierpię z nim rozmawiać.
– To nie zdziw się, ja też.
– I niczego się nie dowiedziałaś, prawda? – uśmiechnął się krzywo. – Cała Hermiona. Najmądrzejsza na świecie obrończyni skrzatów domowych.
– Skąd ty…
– Daj spokój. Stare dzieje. Czwarta klasa. – machnął ręką od niechcenia. – A w Hogwarcie ściany mają uszy, jeśli jeszcze nie wiesz.
– Dziękuję, że mnie oświeciłeś – warknęła, znów wbijając wzrok w okno.
– Oj, skarbie… – Malfoy usiadł na łóżku, a na jego twarz wstąpił delikatny uśmiech. – nie obrażaj się.
– Nigdy nie mów do mnie skarbie – syknęła Hermiona, znikając za parawanem.
– Nie mów, że tego nie chcesz! – krzyknął za nią Draco.
– Nawet nie wiesz jak bardzo nie chcę! – odwarknęła. – Za to, co przez ciebie przeżyłam! I za łzy, które przez ciebie wylałam! I wiesz co? – wzięła głęboki oddech i znów wyjrzała zza parawanu. – Mam gdzieś tamte chwile. To co było już nie wróci! – i znów zniknęła za zasłoną.
– Cóż, jeśli tak to stawiasz, nie mam wyboru, będę musiał rozkochać cię siłą…
– I wiesz, że… – zamilkła. – Zaraz. Co?
– Kocham cię. – dziewczyna prychnęła, a on kontynuował spokojnie. – Wciąż. Niezmiennie. Zawsze i wszędzie. I nie interesuje mnie to, co z tym zrobisz. – dodał po chwili. – Ja mogę darzyć tym kogo zechcę.
– Jak zwykle egoistyczny, nie liczy się ze zdaniem innych. – wyjrzała ponownie zza parawanu, mierząc Malfoya wściekłym spojrzeniem.
– Nazwij to jak chcesz. Ja to nazywam miłością. Egoizm podwójnie.
– Gadasz od rzeczy. Nie wiesz nic o…
– Ooo, pan Malfoy się wreszcie obudził?
Ich przemiłą rozmowę przerwała Pomfrey, wchodząc do pomieszczenia z zaszytą już szatą Hermiony.
– Zaszyłam ci…
– Dziękuję – dziewczyna odebrała ją i narzuciła na siebie. – To ja już pójdę. – i nie zaszczycając Malfoya żadnym spojrzeniem, wyszła ze Skrzydła.

Wparowała na transmutację mocno spóźniona, ale McGonagall jedynie kiwnęła głową. Prawdopodobnie Snape powiadomił ją już o tym, co zaszło na eliksirach.
Zajęła szybko wolne miejsce koło Rona, bo, co nieco dziwne, Harry’ego nie było.
– Gdzie on jest? – szepnęła, wypakowując książki z torby.
– Coś z Quidditchem. Jakiś trening chyba.
– Więc… Co tu jeszcze robisz?
Ron dziwnie się zasępił, zaciskając usta.
– Ron? Coś… nie tak?
– Zostałem wyrzucony z drużyny – odrzekł w końcu, notując piórem jakieś notatki. Hermiona patrzyła na to z lekkim zdziwieniem. No bo Ron i notatki?
– Ale… Dlaczego, tak właściwie?
– To nie jest wina Harry’ego – westchnął Rudzielec. – Na poprzednim treningu nie mogłem niczego obronić i tak, prawdę mówiąc, delikatnie pokłóciłem się z chłopakami. Więc… Odszedłem.
– Och, Ron… – Gryfonka popatrzyła na niego uważnie. – Może porozmawiaj z Harrym? Jako kapitan drużyny…
– Rozmawiałem – przerwał jej chłopak. – Ale to nie jego wina. Ja im po prostu wszystko psuję. Każde zagranie, każde podanie, każdy najdrobniejszy ruch. – przyciskał pióro tak mocno, że zrobił małe rozdarcie w pergaminie. Zirytowany zamazał całe miejsce i zrobił dziurę w notatkach. – Sobie też wszystko psuję – rzucił ze złością, wyciągając z torby następny kawałek pergaminu.
– Daj spokój. – Hermiona wyciągnęła różdżkę i mruknęła jakieś zaklęcie, a rozdarcie i plama atramentu zniknęły za jednym zamachem. – Niczego nie psujesz. – położyła dłoń na jego ramieniu, ale nie delikatnie tylko zdecydowanie aby wiedział, że jest to jedynie przyjacielski gest a nie zapowiedź czegoś więcej. – Może miałeś zły dzień?
– W takim razie ciągle mam złe dni. Cały rok jest zły. Wspaniale, co?
– Ron, przestań – odezwała się karcąco dziewczyna. – Jesteś bardzo dobry w Quidditchu, ale brak ci wiary w siebie. Wystarczy, że pomyślisz ‘dam radę’, a wszystko się ułoży…
– Nie, Hermiono. – pokręcił głową, dalej pisząc coś na pergaminie. – Nic mi nie wychodzi. Jestem jedynie głupim przyjacielem sławnego Harry’ego Pottera.
– Hej, Ron, do cholery!
Ale Gryfon dalej uparcie notował, nie patrząc na Hermionę. Zacisnął usta z całej siły, jakby przed czymś się powstrzymywał.
– Czemu nie możesz wybaczyć mu, że jest taki sławny? Myślisz, że on się o to prosił? To jego wina, że Voldemort – tu Ron wzdrygnął się, ale nadal nie odwrócił wzroku od pergaminu. – zabił mu rodziców, pozostawiając jedynie jego przy życiu?! – przerwała na chwilę i dodała nieco spokojniejszym tonem: – Jak myślisz, czy łatwo mu z tym żyć? Z durnym wujostwem, które traktuje go jak ostatniego…
– Dobrze, zrozumiałem.
– Świetnie – warknęła, odwracając się do swoich notatek. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie uważała na lekcji. I czuła się z tym świetnie.

Po transmutacji Hermiona opuściła salę szybkim krokiem, rozdarta pomiędzy dziwnymi uczuciami. Skończyło się na tym, że zwolniła, aby Ron mógł w każdej chwili ją dogonić, ale szła na tyle szybko, żeby wiedział, że nie czeka na niego. Jednak nie podbiegł.
Czy Ron jest zazdrosny o Harry’ego? Na to by wyglądało. Gryfonka zmarszczyła brwi, wchodząc po schodach na zaklęcia z Flitwickiem. Jaki znów wynalazł powód do zazdrości? Że Harry jest dobry w Quidditchu? Ale o tym wiedział przecież od sześciu lat, więc z jakiej racji nagle tak wybuchło to w szóstej? Nic nie miało sensu. Prawdopodobnie ukrył przed nią część prawdy.
Otworzyła drzwi i zajęła pierwsze lepsze miejsce. Sala była jeszcze pusta, a Flitwick siedział przy swoim biurku i drapiąc się po brodzie, czytał jakąś grubą, w twardej oprawie książkę. Podniósł na chwilę głowę, i powiedział:
– Dzień dobry, Hermiono.
– Dzień dobry.
A później powrócił do lektury.
Hermiona podparła się na łokciach i wpatrzyła się w rysy na końcu ławki, ciesząc się, że nie musi znosić wzroku Flitwicka, który wręcz krzyczał ‘co robią ludzie na przerwach w KLASIE?’ jak zwykle to bywało, gdy skłócona z albo Ronem albo Harrym lub obojgiem naraz, przesiadywała tu przerwę. W końcu westchnęła i wyjęła książki, a różdżkę położyła przed sobą.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do pomieszczenia weszło parę Krukonów, jednak nie było wśród nich Chada. Tak, rzadko mieli lekcje z Ravenclawem, ale był to właśnie ten dzień. Gryfonka aż wyskakiwała z siebie, nie mogąc doczekać się aż przyjdzie Rowens, że będzie mogła spojrzeć na niego i odnaleźć spokój w jego brązowych oczach.
Wszedł wreszcie. Odrzucił grzywkę z oczu na bok niedbale i zajął wolne miejsce koło Hermiony, nawet się nie pytając. Z tyłu jakiś Krukon zagwizdał przeciągle, na co Flitwick oczywiście nie zwrócił uwagi, a Rowens pokazał za plecami niezwykle kulturalny i miły gest w stronę tego chłopaka.
– Stało się coś? Nie siedzisz z Ronem.
Zawsze wszystko wiedział. Często było to pomocne, ale teraz Hermiona poczuła się dziwnie speszona.
– Nie, to tylko tak…
– Jasne. – Chad oparł się na łokciu i uśmiechnął się do niej łagodnie. – Wiesz, że mi możesz zaufać tak? I, że to, co się stało, tylko umocniło naszą przyjaźń?
– Już dawno ci wybaczyłam. – westchnęła. – To miało na celu otworzyć mi oczy, a ja jak głupia dalej mu ufałam. Teraz widzę, że nie było warto. – przerwała na chwilę. – Ale w ogóle nie o tym chciałam mówić.
– Więęc?
– Ron coś dziwnie się zachowuje. Odszedł z drużyny Gryffindoru.
– Ta, to dziwne – odparł Rowens. – On zawsze lubił Quidditch i zazdrościł Harry’emu, czy nie?
– Po prostu brak mu pewności siebie. Wszystko będzie dobrze. Ale też nie o to chodzi.
– No więc?
– On po prostu… Zdaje się, że coś przede mną ukrywa. Jakby chciał powiedzieć coś, co mi się by nie spodobało. I boi się tego. – i wtedy pojęła. – Czy on…?
– Najwyraźniej. – Chad wzruszył ramionami. – Jeśli nie czujesz tego samego, po prostu powiedz. Przyjaciel zrozumie. – zrobił krótką przerwę. – Wiem coś o tym…
– Ale przecież on powinien wiedzieć! To, że go pocałowałam, to było jedynie głupie i nieprzemyślane spontaniczne działanie, mające na celu wkurzyć Malfoya! – jęknęła.
– Teraz widzisz skutki tego, że było nieprzemyślane.
– Co mam zrobić?
– No cóż… – Rowens wziął głęboki oddech. – Powinnaś powiedzieć, że go nie kochasz, bo twoje serce na razie nie należy do nikogo. Dlatego, że jest zbyt popękane, aby ktokolwiek utrzymał je w bezpiecznym stanie. Najwyżej obrazi się lub zasmuci, w zależności jaki ma charakter. A ty albo stracisz przyjaciela, albo załamiesz się, bo znów przestanie się do ciebie odzywać, zawstydzony, że znasz jego plany i wtedy wrócimy do punktu rozmowy, w której nie wiesz, co masz zrobić, a ja ci podaję dwie opcje – albo nic nie mówisz i czekasz, aż on coś postanowi, albo idziesz i pytasz go wprost.
– Dziękuję. – Hermiona dźgnęła go piórem. – Naprawdę niezwykle podniosłeś mnie na duchu.

************

Malfoy siedział skulony na łóżku w Skrzydle Szpitalnym. Obserwował ze średnim zainteresowaniem granatowe niebo upstrzone gwiazdami oraz półksiężyc, ledwie widoczny zza grubej warstwy chmur i zastanawiał się, czemu wciąż rani Hermionę, czemu nie może przestać i wyznać jej tego, co naprawdę czuje? Zawsze słowa przychodziły mu z trudem. Tak bał się reakcji ojca…
`- Nie cieszysz się? Walczyć w szeregach, służących Czarnemu Panu? Wiesz, ile ludzi dałoby walnąć się Imperiusem, żeby otrzymać taki zaszczyt?
Chłopak mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi.
– Jesteś jeszcze niedorosły, Draco – dodała spokojnie Narcyza i uniosła dłoń, żeby pogłaskać syna po jasnych włosach. Zawahała się i sięgnęła ręką do włosów, aby ukryć ten tak matczyny i mugolski gest z którego Lucjusz na pewno nie byłby dumny.
– Może ojciec… Może on…
– Tak trudno ci to powiedzieć? – kobieta zmarszczyła brwi i wykrzywiła twarz z irytacją. – Czemu nie możesz po prostu pójść do niego i podziękować?
– Nie mam za co mu dziękować. Nie chcę z nim rozmawiać – Draco wstał i zamaszystym krokiem opuścił pokój, słysząc ciche szlochy matki za sobą.`
A gdyby po prostu uparł się, że nie chce? Mógłby opuścić dom, zamieszkać u jakiegoś kuzyna, ukryć się. I sprzeciwić woli ojca… „Zamieszkałbym nawet w tej ruderze Weasleyów” – pomyślał, wpatrując się beznamiętnie przed siebie. A teraz? Ponosi konsekwencje za czyny, których dokonał, będąc do tego zmuszonym. Przecież Hermiona nigdy nie wybaczy mu porwania i męczarni w lochach domu Śmierciożerców! Dlaczego nie wysłuchała Dumbledore’a? Wszystko stałoby się jasne i wróciłaby do niego, w jego ramiona. A on znów poczułby zapach jej delikatnej skóry, miękkość włosów, zobaczyłby głębię jej orzechowych oczu…
Sięgnął po lusterko, leżące na szafce nocnej i spojrzał na siebie z obrzydzeniem. Jego oczy były po prostu puste. Zawsze te same. A on sam? Zasłaniał się idiotyczną maską ironii i kpiny. Która raz pękła, ale złożyła się z nadzwyczajną szybkością z powrotem.
Odłożył lusterko i położył się na plecach, wbijając wzrok w jakiś martwy punkt na suficie. Teraz było mu wszystko jedno.
Hermiona po prostu musi poznać prawdę.

Opublikowano Hermione and Draco: love and hate, Nastolatki, Opowiadania | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

39. WYPADEK I ZNAJOMY W SKRZYDLE

Hermiona szła szybkim krokiem wśród zimnych korytarzy Hogwartu. Czując wzbierające w swoich oczach łzy skręciła za róg i ruszyła w górę schodów, kierując się do Wieży Gryffindoru. Ogarnęła ją złość. Złość na Dumbledore’a. Nie przeczy przecież, że nie jest mądry, ale mógłby przestać traktować wszystkich tak jakby… Chciał im uświadomić, że wie o nich wszystko. „Nie jestem książką, którą da się otworzyć i wyczytać wybrane fragmenty, a po ich przeczytaniu nabazgrać coś na okładce i tak zbezczeszczoną wyrzucić…” – pomyślała, sięgając dłońmi do oczu. Otarła mokre kąciki i przyspieszyła kroku. Jakim prawem wezwał ją do siebie? Jakim prawem chciał rozmawiać o tym co było, o tym, co było dla niej tak ciężkie?
Wchodząc do Pokoju Wspólnego odetchnęła z ulgą. W pomieszczeniu nikogo nie było. Szybkim krokiem przemierzyła drogę do schodów i znikła za drzwiami dormitorium dziewcząt. Tam dziewczyny już pogrążyły się we śnie, jedynie łóżko Ginny było puste. Gryfonka usłyszała szum wody. „Bierze prysznic” – pomyślała. Szybko zatem przebrała się w piżamę i niewiele myśląc wskoczyła do łóżka. Nie było mowy o kąpieli ani o czytaniu. Nie chciała także, aby rudowłosa wypytywała ją o rozmowę z dyrektorem, więc zamknęła oczy, próbując zasnąć. Minęło kilka minut, gdy Hermiona osunęła się w sen.

************

Rano poczłapała na lekcje razem z Ginny, Harrym i Ronem. Chłopcy rozprawiali o Quidditchu i o Snapie, który niesłusznie dał Harry’emu szlaban, a Ginny obserwowała Hermionę z dziwnym niepokojem. Coś było nie tak w jej oczach. Były lekko zamglone, nieobecne, jakby lada chwila miały zajść się łzami i zupełnie zatonąć wśród słonej wody.
– Coś nie tak? – spytała tak cicho, że nawet Hermiona ledwie ją usłyszała.
– Aj… – Dziewczyna westchnęła. – Chyba za wcześnie na tę rozmowę.
– Jeśli nie chcesz rozmawiać, to…
– Nie, nie rozmowę z tobą – przerwała jej, a przez jej twarz przeleciał lekki przebłysk uśmiechu. Ale nie uśmiechnęła się. – Na rozmowę z Dumbledorem.
– Ach. No tak. – Ginny zaczerwieniła się lekko. – To… Pytał o coś, czy… Czy… Co?
– Chciał mi wmówić parę rzeczy. – odparła wymijająco Hermiona. „Wmówić parę rzeczy?!” To marne skrócenie tego, co mówił Dumbledore i marna wymówka na jej krzyki i wyjście z gabinetu jakby nic.
– Och.
Resztę drogi odbyły w milczeniu. Hermiona nie chciała rozmawiać o tym wydarzeniu, a rudowłosa nie chciała drążyć tego tematu.

************

– Eliksir zdrowotny. – jadowity głos Snape’a rozchodził się po całej klasie, niemalże z sykiem odbijając się od szklanych fiolek. – Macie na to… – zamilkł, jakby się zastanawiał ile dać czasu uczniom. – piętnaście minut.
W klasie zabrzmiały jęki i pomruki oburzenia.
– Cisza – wycedził. Nie musiał podnosić głosu, aby uczniowie zamilkli. Czuli przed nim respekt, co niezmiernie go cieszyło nie wiedząc czemu. – Jeśli zapamiętaliście choć 90% z lekcji, nie powinniście mieć z eliksirem problemu. Instrukcje… – machnął różdżką niedbale. – na tablicy. Zaczynajcie!
Hermiona z irytacją sięgnęła do oślizgłych składników i zaczęła mieszać miksturę w kociołku. Całość zabarwiła się na pomarańczowo. Zerknęła na tablicę, czy aby nie pomyliła się w ilości ziela, ale barwa wywaru zgadzała się z opisem na tablicy. Sięgnęła po korzonki, gdy usłyszała rozpaczliwy szept Rona:
– Pomóż!
Zerknęła przez ramię do kociołka przyjaciela. Jego eliksir był niebezpiecznie niebieski. Odblaskowo niebieski.
– Co ty, mandragorę tam wrzuciłeś?
– Sam nie wiem… – wzruszył ramionami. To ją zirytowało.
– Jeśli masz taki olewczy stosunek do eliksirów, to nie dziw się, że ci…
– Czekaj, czekaj, po prostu nie wiem. Pomóż. – chłopak popatrzył na nią błagalnie.
Hermiona roześmiała się, patrząc na tę komiczną maskę.
– Cisza – syknął Snape, nie odrywając wzroku od jakichś pergaminów, w których bazgrał przy swoim biurku.
– Dobra – zgodziła się w końcu Hermiona szeptem. – Dodaj tego… – wrzuciła jakieś małe gałązki do eliksiru. Wrócił odpowiedni kolor. – I przydałoby się trochę tego… – sięgnęła po korzonki i również wrzuciła. Kociołek niebezpiecznie zachybotał i nagle znieruchomiał.
– Jesteś pewna, że…
– Oczywiście – fuknęła.
I wtedy strumień pomarańczowego wywaru wybuchł prosto na Hermionę. Pisnęła głośno, a Ron zaklął. Maź wypaliła dziewczynie kawałki rękawów i poparzyła dłonie. Gryfonka już wyjęła różdżkę, aby wyleczyć oparzenia, gdy podszedł do nich Snape.
– Mówiłem, że wszystko będzie dobrze, jeżeli słuchaliście. Co ja mówiłem o gałązkach drzew krwistych? – warknął. – Granger, rusz się, idź do Skrzydła Szpitalnego, bo wykonany przez was eliksir zdrowotny raczej tych poparzeń nie wyleczy. I nie cuduj po drodze z zaklęciami, bo coś sobie uszkodzisz. – kazał. – Chociaż w twoim przypadku, co to za różnica… – dodał pogardliwie, obrócił się na pięcie i wrócił do swojego biurka, jakby nic.
Posłała mu wściekłe spojrzenie i czując, jak pieką ją ręce i ogromne gorąco rozpływa się w jej żyłach, wybiegła z klasy.

Dobiegła do Skrzydła Szpitalnego ze łzami w oczach. Upokorzył ją. Czemu po prostu nie mógł choć udać, że się tym przejął? Nigdy nie przepadała za Snapem, ale… nauczyciel nie ma prawa tak traktować swoich uczniów! „Najlepszych uczniów” – dodała w myślach ze skrzywieniem.
Pchnęła drzwi zdecydowanym ruchem i wparowała do Skrzydła.
Zamarła w połowie drzwi. Na jednym w łóżek w drugiej części skrzydeł leżał Malfoy.
Spał, sądząc po zamkniętych oczach, lekko uchylonych ustach i boku, poruszającym się w takt miarowych oddechów.
„Co on tu robi?” – pomyślała, czując, że drętwieje i nie może poruszyć się z miejsca. Próbowała poruszyć palcami, jednak nie mogła. Skrzywiła się i utkwiła wzrok w śpiącym Ślizgonie. „Jak… Jak on tu się znalazł?” W końcu przełamała się, zamknęła drzwi za sobą i podeszła parę kroków w stronę łóżka Malfoya. Wzięła głęboki oddech i spojrzała na jego twarz. Tak dawno nie widziała go tak spokojnego, wypoczętego. Nie wiedzieć czemu, ale obecność chłopaka ukoiła jej poszarpane nerwy.. Tak słodko spał. Wydawał się taki… Taki bezbronny.
– Potrzebujesz czegoś?
Zza rogu wyszła pani Pomfrey, co oderwało Hermionę od bezmyślnego wpatrywania się w Draco.
– Tak… Na eliksirach…
– Och. – pielęgniarka spojrzała na jej poszarpane szaty i poparzone ręce. – Przykro mi, ale będziesz musiała zostać.
– To tylko poparzenia – zaprotestowała zdziwiona Gryfonka.
– W mugolskim świecie takich poparzeń nie doświadczysz. Następnym razem uważaj na krwiste gałązki… Usiądź. – p. Pomfrey zajęła miejsce koło niej i obejrzała jej rękę, delikatnie obracając jej dłoń w swoim drobnych palcach. – Zdejmij szatę i połóż się tutaj. – było to na szczęście łóżko za parawanem, z dala od Malfoya. – Szata będzie gotowa za jakąś godzinę, muszę ją namoczyć w paru płynach, dopiero później zaszyć zaklęciem. Połóż się i odpocznij, zaraz do ciebie wrócę.
Dziewczyna westchnęła, odprowadzając wzrokiem pielęgniarkę. W końcu, chcąc nie chcąc położyła się na łóżku z parawanem, oddzielającym ją od pomieszczenia. Z irytacją stwierdziła, że przez przerwę między tą zasłoną a ścianą ma doskonały widok na śpiącego Dracona. Odwróciła się, aby nie kusić losu i czekała na powrót Pomfrey, rozmyślając o wszystkim, co kiedyś łączyło ją z chłopakiem, leżącym zaledwie parę łóżek od niej.
Po paru minutach pielęgniarka wróciła z jakąś miseczką zielonkawej mazi. Usiadła przy Hermionie i rzekła uspokajająco:
– To ci pomoże, naprawdę. Nie bój się.
Po chwili Gryfonka poczuła zimną maź na swoich dłoniach i wzdrygnęła się z obrzydzenia. Była zimna, lepka i odrażająco cuchnęła.
– No. Poleż, poczekaj aż wsiąknie, a ja pójdę naprawiać twoją szatę – i znów Pomfrey odeszła, zostawiając Hermionę sam na sam z dziwną rozterką – wstać i patrzeć na śpiącego Malfoya czy przespać się tę godzinę?
W końcu nie wytrzymała i wstała cicho, podchodząc do parawanu. Wyjrzała zza niego niepewnie. Blondyn wciąż spał. Westchnęła i wpatrzyła się tępo w okno. Zupełnie straciła rachubę czasu, zastanawiając się, jaki trwa teraz przedmiot, czy Ronowi bardzo dostało się od Snape’a na eliksirach, czy Chad przejmuje się meczem i czy ten piekielny Malfoy wreszcie się obudzi.
Minęło może parę minut, może paręnaście, gdy usłyszała głuche skrzypnięcie łóżka i szybko schowała się za parawanem. Skrzywiła się, bo poczuła, że jej serce zabiło szybciej niż powinno na tę wiadomość – obudził się. Na pewno. Wyobraziła sobie, jak osłania się od rażących go promieni słońca, jak przeciąga się po długim śnie. Skrzywiła się jeszcze bardziej. Czy po tym, co przez niego przeżyła, powinna zastanawiać się czy się przeciąga?! Coś było chyba nie tak z jej głową…
Odczekała parę minut, a może więcej i ponownie wyjrzała zza parawanu. Zbyt przeraziła się, że ją zobaczy, więc znowu się schowała. „Co za kretyńskie podchody” – prychnęła w myślach i teraz, odważnie zerknęła na niego. Stanęła jak wryta w ziemię, zapominając, że chłopak może ją zobaczyć.
Malfoy ocierał łzy.
Tak, łzy spływające po jego bladej, przystojnej twarzy łzy.
Widok był tak szokujący, że Hermiona przez chwilę przestała oddychać. Już dawno zapomniała o tym, że Draco też posiada uczucia. Zapomniała, że to właśnie ona pomogła mu przebić się przez jego gruby obronny mur…
I wtedy ich spojrzenia się spotkały.

Opublikowano Hermione and Draco: love and hate, Nastolatki, Opowiadania | Otagowano , | Komentarze są wyłączone

38. ABY ZROZUMIEĆ, ŻE POTRZEBUJE ROZMOWY.

Na hogwarckich błoniach było widać, że nadszedł grudzień. Maleńkie płatki śniegu zataczały w powietrzu pętelki i kończyły swój pokręcony lot na ziemi. Spod grubej warstwy śniegu wystawały krzaki i drzewa, jezioro pokryło się cienką warstewką lodu, ale dość grubą, by ptak przysiadł na niej bez obawy, że jakieś żarłoczne morskie stworzenie przebije lód i będzie gotowe zakończyć jego żywot. Powietrze było chłodne i czyste. Zwierzęta Zakazanego Lasu skryły się w samym sercu swojego królestwa, tam, gdzie najcieplej i gdzie promienie światła już nie dochodzą. Jedynymi stworzeniami jakie widywano na błoniach były ptaki, latające między wieżami zamku i wesoło świergolącymi o nadchodzących Świętach Bożego Narodzenia. Czasem jacyś uczniowie zapuścili się nad brzeg jeziora, aby odpocząć od nauki i nauczycieli, rozmawiając z innymi a reszta zaszywała się w ciepłych dormitoriach.
Ale nie Harry, Hermiona i Ron.
Gryfonka usadowiła się na ośnieżonym kamieniu i ze średnim zainteresowaniem słuchała wywodów Harry’ego na temat nadchodzącego meczu Quidditcha i o warunkach, jakie będą przeszkadzały w czasie lotu i o przeciwnikach. W tym roku byli to Krukoni. Hermiona była delikatnie rozdarta między przyjaciółmi z Gryffindoru a Chadem Rowensem, więc postanowiła nie opowiadać się po żadnej ze stron.
– Hermiono, znasz jakieś zaklęcie odganiające śnieg? – spytał z zapałem Ron, pocierając dłonie o siebie aby nieco je ogrzać.
– Chyba to nie będzie potrzebne, mecz dopiero po Nowym Roku. – dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Trzeba się przygotować na najgorsze, wiesz.
I rozmawiali, a Hermionie udało się choć na chwilę nie przejmować tym, co przydarzyło się jej podczas konkursu w Durmstrangu.

************

– Albusie, jak mogłeś? – McGonagall pobladła i wyginała sobie palce, patrząc to w jedną to w drugą stronę. – Jak… Jak mogłeś go tu sprowadzić?
Dumbledore westchnął.
– Liczyłem się z małym sprzeciwem, Minerwo. – profesor wyprostował się w swoim fotelu i uśmiechnął się do McGonagall ciepło.
Profesor sprawiała wrażenie, jakby ten uśmiech chlasnął ją po twarzy. I taką też miała minę.
– To nie jest żaden sprzeciw, to jedynie ogromne zdziwienie! Po tym co panna Granger przez nie…
– Niestety muszę się z tym nie zgodzić, ponieważ nie znasz szczegółów, które dotyczą tej sprawy i niemal decydują o losie Dracona, moja droga.
– Ale… Ale… – McGonagall westchnęła. – Jak ona będzie się teraz uczyła ze Slytherinem w jednej klasie? Jak on jej spojrzy teraz w oczy? Nie chcesz kolejnych kłótni, prawda?
– O tak, w kłótni zawsze gdzieś zanika prawda. – Dumbledore podrapał się po siwych włosach. – Myślę, że powinni sobie co nieco wytłumaczyć.
– Póki co panicz Malfoy przebywa w…
– Ależ ja wiem, że leży w Skrzydle Szpitalnym. – profesor zapatrzył się w szafkę, w której skryta była jego myślodsiewnia. – I będzie tam leżał jeszcze dwa tygodnie. Panna Granger nienawidzi go za to, co zrobił. Ale myślę, że jeśli pozna przyczyny jego decyzji… – zamilkł, wstając z fotela. Podszedł do szafy powolnym, spokojnym krokiem. McGonagall wydawała się być lekko zniecierpliwiona. – Bo jak wiesz, Minerwo, miłość z nienawiścią to dwie strony tego samego przedmiotu. – otworzył szafkę, przyłożył różdżkę do skroni i ‘wyciągnął’ z niej białą, lśniącą nić wspomnień. – Wystarczy go przekręcić, a strony zamienią się miejscami. – jednym machnięciem czarodziejskiego patyka nić pofrunęła i wylądowała w kamiennej misie, odciążając Dumbledore’a od wielu myśli. – Dla Hermiony jest to maleńki krok, któremu musi podołać sama. O swoich siłach.
– Nie za wiele od niej oczekujesz? – McGonagall uniosła brew. – Dopiero co wróciła do Hogwartu, minęło zaledwie kilka dni. Jeśli…
Dumbledore uniósł dłoń, prosząc ją tym, aby umilkła.
– Czy mogłabyś przyprowadzić ją do mnie? Muszę z nią porozmawiać.
– Oczywiście…
McGonagall popatrzyła w milczeniu na profesora, po czym szybko wyszła z jego gabinetu.

************

I już nie było dawnej Hermiony. Jej nowa odsłona była wesoła, zapracowana nauką, a na jej twarzy odbijało się zmęczenie, z tą różnicą, że nie było spowodowane przez Malfoya a nawał zadawanych prac. Harry uśmiechał się na sam jej widok, Ron również i nawet nie wspomniał ani jednym słowem o Ślizgonie, co było dla niego naprawdę trudnym zadaniem. I choć wciąż przypominał sobie ich pocałunek przed jej wyjazdem do Durmstrangu, powoli jego zapał zanikał, bowiem wciąż miał w pamięci słowa Ginny: „Myślę, że to było na złość Malfoyowi…”
Czy wszystko, co do tej pory zrobiła Hermiona, było robione dla Malfoya? A jeśli ona wciąż coś do niego czuje? Przecież to niemożliwe, po prostu niemożliwe, że to wszystko co razem przeżyli było kłamstwem…
W takim razie po co Draco ją w sobie rozkochiwał? Nie prościej było zrobić to na początku roku, od razu zaprowadzić ją do śmierciożerców, a nie snuć plany i mówić czułe słówka, które w rzeczywistości były tylko ociekającymi słodyczą kłamstwami?
Ron zapatrzył się na Ginny i Hermionę, które odrabiały razem zadanie z wróżbiarstwa. Zamrugał oczami i odwrócił wzrok. Czegokolwiek nie zrobił Malfoy, zrobił to perfekcyjnie. Co takiego miał w sobie, że Hermiona tak mu uległa? Przecież znał ją, wiedział, że Gryfonka nie jest osobą, oceniającą po wyglądzie. A co on ma w sobie jeszcze dobrego oprócz wyglądu? „Parszywy gnojek. Pieprzony egoista.” – pomyślał z goryczą Weasley i nagle zorientował się, że Harry stoi nad nim i coś do niego mówi.
– …ale on mnie nie słuchał, rozumiesz?
– Co?
– Ty też mnie nie słuchasz? – warknął Harry, opadając na fotel obok przyjaciela. – Snape. Mówie o Snapie.
– A co ze Snapem?
– Dał mi szlaban! W każdą sobotę, do końca grudnia!
– Nie rozumiem o co się tak wściekasz, to w końcu Snape… – Ron wzruszył ramionami. – To tylko trzy szlabany.
– Ron, na miłość boską. A mecz Quidditcha? A treningi? Odebrał mi wszystko i to za coś, czego nie zrobiłem!
– A właściwie co się stało?
– Na korytarzu ktoś podłożył łajnobombę. – Harry skrzywił się. – Przechodziłem grzecznie korytarzem, kiedy z naprzeciwka wylazł Snape. I co? „Potter, wiedziałem, że to twoja sprawka.” Nawet nie słuchał moich wyjaśnień.
– Przeniesiesz trening na piątki wieczorem. – rzekł Ron, nawet nie narzekając na Snape’a. Nie miał siły. – Idę się położyć. Branoc.
Harry, zły, że nie ma z kim powieszać psów na Snapie wstał i odszedł do dziewczyn, siedzących po drugiej stronie Pokoju Wspólnego. Ginny podniosła wzrok znad pergaminu i uśmiechnęła się lekko do Harry’ego. Zdziwiony przez chwilę zaniemówił, zapominając całkowicie o Snapie, o tym, że miał przełożyć treningi i że przysiadł się do nich jedynie po to, aby się wyżalić. Weasleyówna miała naprawdę piękny uśmiech. Delikatny i niewinny, przy czym niesamowicie kuszący tą niewinnością jak biały kwiat, który aż krzyczy, żeby go zerwać…
Otrząsnął się. Przecież oficjalnie jego dziewczyną jest Cho Chang, piękna Krukonka o której tak marzył, o którą walczył w piątej klasie. Piąta klasa? Przecież to rok temu, stare dzieje. Czyżby to uczucie powoli wygasało? A może tliło się delikatnie, nie wiedząc w stronę której dziewczyny pofrunąć?
– Harry? – Ginny uniosła brwi pytająco.
– Ja… jestem zmęczony. – Harry wstał i pospiesznie poszedł w stronę swojego dormitorium.

************

– Profesor Dumbledore? – Hermiona spodziewała się, że prędzej czy później profesor będzie chciał z nią porozmawiać, ale nie sądziła, że nadejdzie to… w tej chwili. – Chciał pan ze mną porozmawiać, tak?
Dumbledore popatrzył na nią spod okularów i westchnął słabo.
– Usiądź. – odezwał się w końcu, pokazując krzesło na wprost niego. – Usiądź, nie bój się.
Gryfonka niechętnie zajęła pokazane miejsce i wbiła wzrok w podłogę. Milczeli tak jakąś chwilę, w końcu Hermiona nie wytrzymała.
– Nie chcę rozmawiać o tym co było. Nie chcę! – nie patrzyła na profesora, mówiła cicho i spokojnie, ale Dumbledore wychwycił lekkie drżenie jej głosu.
– Tak, to smutne, co przeżyłaś.
– Nie jest mi smutno! – warknęła wbrew sobie i nagle zamilkła, gdy dotarło do niej, że odzywa się ostrym tonem do własnego dyrektora. Cóż, Harry wrzeszczał. Ale ona nie jest Harrym. Tylko poukładaną uczennicą.
– Ależ jest. – zaprzeczył profesor łagodnie. – Czujesz się bardzo dotknięta i nie rozumiesz postępowania Dracona, choć chciałabyś. Wszystko w tobie buzuje. Żal do niego, złość na mnie i na przyjaciół, którzy nie potrafią cię słuchać.
– Myśli pan, że wszystko wie? – krzyknęła, podrywając się z krzesła. Nieważne było, że krzyczy na samego dyrektora. W tej chwili chciała tylko stąd wyjść.
– Nie powiedziałbym, że wszystko, ale skłamałbym mówiąc, że nic nie wiem. – odparł, uśmiechając się lekko, jakby jej krzyki i złość nie miały żadnego znaczenia. – Usiądź mam ci jeszcze parę rzeczy do powiedzenia.
– Ale ja nie chcę rozmawiać! – warknęła i skierowała się w stronę drzwi. Chwytając za klamkę powiedziała jeszcze cicho: – Przepraszam… – następnie wyszła z gabinetu dyrektora.
Profesor patrzył chwilę na drzwi, które zamknęły się za dziewczyną, po czym wyjął z miski musa świstusa i zjadł cukierek.
– Albusie… To takie trudne zaczarować drzwi? – Fineas Nigellus oparł się o ramę swojego obrazu i spojrzał na Dumbledore’a z rozdrażnieniem. – Z Harrym wiecznie to robiłeś. Jej też przydałaby się lekcja pokory. – skrzywił się. – Rozwydrzone dzieciaki.
Dumbledore spojrzał w okno.
– Ale Hermiona to dziewczyna. Nie musi siedzieć w zamknięciu, aby zrozumieć, że potrzebuje rozmowy – wytłumaczył.
Fineas nie zrozumiał. Podrapał się po głowie.
– Jak chcesz. – mruknął, po czym udał się do innego swojego obrazu, zostawiając namalowany pokój całkowicie pusty.

Opublikowano Hermione and Draco: love and hate, Nastolatki, Opowiadania | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone

37. ONA GO KOCHA, WIESZ?

Gdy tylko Hermiona przekroczyła próg Głównej Sali Durmstrangu poczuła jak ciężki ciężar spływa z jej barków gdzieś na podłogę. Nie przeszkadzało jej to, że Chad trzyma ją za rękę. Miał takie ciepłe dłonie, ich dotyk uspokajał i odganiał wszelkie złe myśli. A tych było w jej umyśle sporo, odkąd… Odkąd ją porwano. Po co to zrobiono? Jaki był w tym cel? I co chciał przez to osiągnąć Malfoy? Przestała na chwilę o tym myśleć. Chciała choć raz od tylu chwil zapomnieć o Ślizgonie, o tym, co ich łączyło, o wszystkim co było… Uśmiechnęła się słabo do Krukona, czując, jak kręci jej się w głowie.
– Dobrze się czujesz? – spytał z troską Rowens, biorąc ją pod ramię. – Chodź, zjedzmy coś…
– Hermi-jona!
Nie zdążyła nic powiedzieć, gdy poczuła, jak obejmują ją mocne ramiona, a dłoń Chada wyślizgnęła się z jej dłoni.
– Hermi-jąna, ja przepraszam, ja tak się bał…
Wtuliła się w niego, od razu poznała go po głosie. Po chwili odchyliła się nieco i spojrzała w ciemne oczy Kruma.
– Nie przepraszaj, daj spokój, to nie twoja wina. Nasza ostatnia rozmowa do najprzyjemniejszych nie należała, ale była to tylko i wyłącznie moja wina – spuściła głowę. – Dajmy temu spokój.
– Ja rozumiem. Cieszę się, że jesteś – Wiktor poklepał ją przyjaźnie po plecach, popatrzył na nią chwilę w milczeniu, po czym wrócił do swojego stołu.
Hermiona zamknęła oczy i poczuła jak ciepłe palce Chada wślizgują się pomiędzy jej palce, delikatnie ściskając jej chłodną dłoń.
– Zjedz coś, na pewno lepiej się poczujesz – powiedział z dziwną opiekuńczością w głosie i zaprowadził ją w stronę stołu.
Hermiona usiadła i mimo woli sięgnęła po widelec. Spojrzała beznamiętnie na potrawy, piętrzące się przed nią na półmiskach. Może kiedyś zajadałaby się nimi, po kolei próbując wszystkich smaków, ale teraz? Po tym wszystkim? Jedzenie straciło smak, napoje straciły barwę, wszystko straciło kolory i zrobiło się zupełnie wyblakłe…
– Nie jestem głodna – mruknęła z niechęcią.
Jednak Krukon wciąż nalegał:
– Spróbuj chociaż ciasta – powiedział, nakładając jej kawałek czekoladowego przekładańca. – Zjedz żeby mieć siłę.
– Siłę – powtórzyła głucho dziewczyna. – Siłę na co?
– Siłę, żeby żyć.
– Nie chcę. Nie ma po co.
– Hermiono… – Rowens spojrzał jej w oczy. Miał niesamowicie ciepłe spojrzenie i piękne, piwne tęczówki. – Mimo tego, co cię spotkało i że ten dupek po raz kolejny zawiódł twoje zaufanie, musisz jeść. Dla przyjaciół, dla rodziny, dla mnie.
W jej oczach wezbrały łzy. Zamrugała parę razy i odezwała się cicho:
– Nie mów tak o nim.
– Proszę, nie broń go. Nie po tym wszystkim.
– Po czym?! – spytała napastliwym tonem, podrywając się z krzesła. – Co ty właściwie o nim wiesz? Nie znasz go! Wcale!
– Uspokój się i usiądź…
Usiadła z powrotem i wbiła wzrok w Chada.
– Nie znam go, może i masz rację. Ale widzę, co robi ze sobą, przy okazji niszcząc ciebie. Może robić ze sobą wszystko, szczerze mówiąc nie obchodzi mnie to. – chłopak wziął głęboki oddech i spojrzał gdzieś w bok. – Ale nie pozwolę mu więcej robić niczego z tobą. Nie będzie znowu ranił ani oszukiwał. Nie kiedy ja jestem przy tobie.
– Od kiedy jesteś przy mnie? Byłeś, kiedy knułeś jakieś intrygi z panną Jerkins?
– Robiłem to tylko po to, abyś otworzyła wreszcie oczy! Do jasnej cholery, on nigdy cię nie kochał i nie będzie kochać! Dla niego dziewczyny to tylko zabawki, nie rozumiesz? Nic dla niego nie znaczysz. Nikt nic dla niego nie znaczy.
Nastała chwila milczenia, a w tej chwili milczenia Rowens zaraz pożałował swoich słów.
– Wszystko zrozumiałam – powiedziała Hermiona, wstając. – Dziękuję za rozmowę, naprawdę… Teraz jest mi o wiele lepiej.
I odeszła. A on poczuł się jak ostatni palant…

************

Karkarow odprowadził trójkę reprezentantów Hogwartu wzrokiem, dopóki nie zniknęli z pola widzenia, korzystając ze świstoklika. Czuł się dziwnie dotknięty porwaniem Hermiony Granger, w końcu ponosił za nią odpowiedzialność. Jak teraz spojrzy Dumbledore’owi w oczy? Westchnął cicho i powrócił do swojego gabinetu. Wszystkie konkursy, które mają na celu łączyć szkoły – oddalają je coraz bardziej od siebie…

***********

Świstoklik, mimo całej swojej wspaniałej działalności, wysadził ich gdzieś nieopodal Hogsmeade, skąd odebrała ich McGonagall. Bez żadnych pytań czy oskarżeń rzuciła ukradkowe, pełne dziwnego smutku spojrzenie na Hermionę, a następnie w ciszy wyruszyła z trójką Hogwartczyków w stronę ich szkoły.
Hermiona patrzyła gdzieś w bok, idąc w stronę Hogwartu. Nie chciała o niczym myśleć, ale myśli same natrętnie do niej powracały razem z całym bagażem przykrych, dotkliwych wspomnień. Nie płakała. Dręczyło ją życie. Nie chciała napływających w jej stronę uczuć, odpychała je, ale one usilnie powracały. Czy można kochać człowieka, którego świadomą decyzją było oddanie osoby, do której się coś czuje a może nawet ją kocha, w ręce śmierciożerców? Czy można kochać człowieka, tak bliskiego a zarazem tak odległego? Tak zimnego, a jednocześnie tak ciepłego? Chłopaka, prawie już mężczyznę, o idealnym ciele, cudownych oczach i ustach, tak delikatnych, tak czułych, tak miękkich?
Gryfonka podniosła wzrok z ziemi, wypatrując bram Hogwartu. Już widziała delikatny, wyzierający zza mgły zarys zamku. Wtedy poczuła czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Odwróciła się i napotkała spojrzenie Rowensa.
– Przepraszam.
– Nie, to ja przepraszam, zachowałam się głupio… – wyszeptała drżącym głosem. – Jestem słaba… Jestem beznadziejna…
Chad objął ją ramieniem.
– Przestań, to nieprawda. Jesteś silna. Jesteś wspaniała. I ktoś, kto na ciebie nie zasługuje nie będzie powodował pojawienia się tych słów w twoich… ustach…
Zatrzymali się, a jego wzrok powędrował w stronę jej różanych, aksamitnych ust. Ich serca zabiły szybciej, oddech przyspieszył. Krukon spojrzał jej w oczy, jakby pytając o pozwolenie, ale Hermiona nagle odsunęła się od niego i przyspieszyła kroku.
– Czekaj… Przepraszam… – dogonił ją paroma szybszymi krokami i ponownie objął ramieniem. – Przyjaciele? Na zawsze?
Pokiwała głową, patrząc się beznamiętnie przed siebie.
– Jesteś wspaniałym chłopakiem, ale… Nie dla mnie.
– Rozumiem. – starał się, aby to zabrzmiało obojętnie, ale dziewczyna wyczuła wszystkie emocje jakie skrywał w tym jednym słowie.
– Przepraszam – szepnęła. – Naprawdę, nie powinieneś sobie mną zaprzątać głowy. Ja… Jestem…
Ale Chad nie dowiedział się, jaka jest według samej siebie Hermiona, bo od strony zamku w ich stronę nadbiegły trzy postacie. Gryfonka zachwiała się i mocniej przywarła do chłopaka. Miała wrażenie, że świat ucieka jej spod stóp.
– Hermiono! Strasznie tęskniliśmy, nawet nie wiesz…
Wtedy świat zupełnie się rozmazał. Straciła przytomność.

************

Gryfonka obudziła się w Skrzydle Szpitalnym w środku nocy. Wielkie było jej zdumienie, gdy ujrzała siedzącą na łóżku przy niej Ginny, Harry’ego na krześle obok i Rona, stojącego koło niego.
– Boże… Co wy tu…
– Hermiono, obudziłaś się! – krzyknęła piskliwie rudowłosa i przydusiła ją, przytulając z całej siły. Puściła ją po chwili i powiedziała: – Gdy tylko powiedzieli mi, co się stało, oka nie mogłam zmrużyć… Cieszę się, że jesteś…
Hermiona nie zdążyła odetchnąć, bo później uściskał ją Harry i Ron, ten drugi może trochę bardziej… Delikatnie.
– Ale co wy tu robicie? – spojrzała na zegarek. – Przecież jest już piąta rano…
– Myślisz, że czas ma dla nas jakiekolwiek znaczenie? – przerwał jej Wybraniec. – Ważne, że jesteś i tym razem poradziłaś sobie bez naszej pomocy.
– Cóż, nie do końca…
Musiała im opowiedzieć, jak Rowens pomógł wydostać jej się z zatęchłego więzienia, a Lupin i reszta Zakonu Feniksa walczyła w tym czasie ze śmierciożercami. Ginny rozszerzyła szeroko oczy ze zdziwienia, a Harry poczuł lekki zawód i małe poczucie winy.
– Dumbledore zabronił nam się angażować. A tak…
– Daj spokój, Harry – przerwała mu Hermiona słabo. – Nieważne, kto mnie uratował, kto kogo powiadomił i jak do wszystkiego doszło. Liczy się to, że jestem znów tutaj, w Hogwarcie. Z wami. Bez niego…
Nastała niezręczna chwila milczenia, w której Ron zastanawiał się, co powiedzieć.
– Współpracował ze Śmierciożercami, teraz jestem tego pewna. – jej oczy wezbrały łzami, gdy ciągnęła dalej. – Nie mogę uwierzyć, że nawymyślał tyle kłamstw, tyle podłych… – przełknęła głośno łzy, nie potrafiąc wyrazić tego, co skrywało się głęboko w jej sercu. – I wiecie co? Nie potrafię się z niczego cieszyć. Teraz nic nie ma…
– Ma znaczenie, Hermiono! – Ron wszedł jej w pół słowa. – Póki są choć cztery osoby, które tęskniłyby za tobą, gdybyś odeszła, to znaczy, że wciąż jest po co i dla kogo żyć. I roztrząsanie przeszłości, wszystkiego, co przyczyniło się do twojego cierpienia na nic się nie zda.
Gryfonka zamilkła, zastanawiając się nad sensem jego słów. Powiedział mądrze i bardzo krótko. Była mu za to niezmiernie wdzięczna, ale wciąż nie potrafiła dobrać odpowiednich słów. Poczuła dziwne wzruszenie, a łzy znów napłynęły jej do oczu.
– Wiecie co, jestem… Zmęczona…
– Tak, nie będziemy ci przeszkadzać – Ginny uśmiechnęła się ciepło i ucałowała przyjaciółkę w policzek.
– Dobranoc – Ron popatrzył na nią z dziwnym smutkiem, ale szybko ukrył go pod krzywym uśmiechem.
– Ale jutro przyjdziemy – obiecał Harry, a następnie cała trójka wyszła, zostawiając Hermionę sam na sam ze swoim bólem.

************

Było grubo po 23.00, a Ron wciąż siedział w pokoju Wspólnym, tępo zapatrzony w splątane, tańczące płomienie ognia w kominku. Tak wyczekiwał powrotu Hermiony, aby wyznać jej wszystko, co tkwiło mu głęboko na dnie duszy… Ale teraz, kiedy wróciła w takim stanie i przeszła tak wiele podczas wyjazdu… On po prostu nie mógł wykrztusić z siebie tych słów. Nie mógł obarczyć jej delikatnego serca kolejnymi problemami. „Jestem jej przyjacielem.” – pomyślał, patrząc w okno, na gwiazdy rozsypane na granatowym obrusie nieba. Czy warto narażać jej przyjaźń? Czy warto stracić jej zaufanie? Gdzieś z drugiej strony swojego serca usłyszał cichy protest. „Pocałowała cię przed wyjazdem. Krótko, ale ciepło. Czy pocałunek nic nie znaczył?” Ron pokręcił głową. Sam nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć…
– Ron?
Usłyszał kroki i spojrzał na schody. Ujrzał zaspaną Ginny, która przecierała oczy wierzchem dłoni.
– Nie śpisz?
– Nie…
Rudowłosa podeszła na palcach, usiadła obok i objęła brata ramieniem.
– Miałeś o niej nie myśleć. Wiesz, że dużo już za nią. Naprawdę wiele przeżyła.
– Pocałowała mnie przed wyjazdem do Durmstrangu. Pamiętasz?
– Lepiej jej tego nie wypominaj. – Ginny westchnęła ciężko i podrapała się po brodzie. – Nie chciałabym cię dołować, ale… Myślę, że to było na złość Malfoyowi…
Że też Ron na to nie wpadł. I, co dziwne, nie poruszyła go ta wiadomość.
– Zbyt dużo poświęciła dla niego. Siebie, swoje zdrowie, swoje szczęście.
Zamilkli oboje, wpatrując się w zupełnie inne strony Pokoju Wspólnego. W końcu dziewczyna odezwała się cicho:
– Ona go kocha, wiesz? Bardzo. To naprawdę jest prawdziwa miłość. Szkoda, że on tego nie potrafił odwzajemnić, to…
Ron walnął z całej siły pięścią w stół, przerywając tym samym siostrze.
– Przysięgam… – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Przysięgam… – spojrzał jeszcze raz przez okno, na ciemne, ponure niebo. – Przysięgam, że jak on wróci… To mu nie daruję tego, jak zranił Hermionę.

Opublikowano Hermione and Draco: love and hate, Nastolatki, Opowiadania | Otagowano , , | Komentarze są wyłączone