– Wracam do Hogwartu.
Hermiona naprawdę próbowała na nich nie patrzeć, zamykając kufer. Czuła dziwne poczucie winy gdzieś w środku, że zostawia przyjaciół a sama wraca do szkoły.
Nastała pełna napięcia chwila ciszy. Ron uparcie wbił wzrok w podłogę. Harry patrzył na przyjaciółkę z powątpiewaniem i nie mogąc znieść tej chwili milczenia odezwał się pierwszy:
– Długo nad tym myślałaś? Przecież nikt stąd cię nie wygania.
– Ja wiem, wiem – odparła Gryfonka i westchnęła, siadając na łóżku. – Ale spakowałam się już i to moja ostateczna decyzja. – Poklepała rączkę od kufra, który stał obok łóżka i uśmiechnęła się słabo do przyjaciół. – Obiecałam rodzicom, że nie będę siedziała w Norze do końca Świąt…
– Ale oni przecież wyjechali. A moim rodzicom nie przeszkadzasz – jęknął Rudzielec, przewracając oczami. – Możesz zostać, naprawdę, to nie jest kło…
– Jest kłopot, twoja mama już dosyć się napracowała. A rodzice chcieli żebym naprawdę dobrze przygotowała się do Okropnie Wyczerpujących…
– Przecież Owutemy są dopiero w przyszłym roku! – Ron znów spojrzał w sufit. – Od kiedy tak bardzo chcesz się uczyć?
– Zawsze się dobrze uczyłam – fuknęła Gryfonka, wstając. – i przez żadnego głupiego, nadętego, egoistycznego…
Zastanawiając się nad następnymi malowniczymi epitetami ruszyła w stronę drzwi.
– Może nadszedł czas, żebyś jednak z nim porozmawiała?
Dziewczyna stanęła w połowie drogi do drzwi. Miała dziwne wrażenie, że podłoga jest jakaś inna, a droga którą pokonała od łóżka niezmiernie długa.
– Nie chcę z nim rozmawiać – powiedziała cicho, wbijając wzrok w podłogę. – Już dość.
Ron przez chwilę walczył z samym sobą.
– Ale… Ty go kochasz – odrzekł cicho, zamykając na chwilę oczy. – Widzę to. Gdy widzisz, że się oddala to coś tam psuje się w środku a gdy widzisz jak jest blisko, a wiesz, że nigdy nie będzie twoja… To znaczy… Twój… – zamilkł i spojrzał na swoje stopy.
– Och, Ron… – Gryfonka pokręciła głową i czując, że nadszedł stosowny moment aby wyjść z pokoju dodała: – Spotkamy się w Hogwarcie.
************
Zobaczył ją. To na pewno była ona. Widział burzę skręconych, splątanych włosów, które mógł rozpoznać wszędzie. Ciągnęła za sobą kufer, który dygotał niebezpiecznie na nierównościach chodnika. Chciał do niej podejść, pomóc, wszystkie bagaże i problemy zrzucić na swoje barki. Ale zniknęła w wejściu na dworzec.
Czemu wraca do Hogwartu? Czy nie powinna spędzać świąt z rodziną? Albo chociaż z Potterkiem? Skrzywił się, uciszając swego czarnego puchacza, który ni stąd ni zowąd zaczął łopotać skrzydłami o pręty klatki i głośno huczeć.
– Zamknij się – syknął, przekraczając wejście na dworzec.
Odrzucił jasne włosy niedbale i rozejrzał się w poszukiwaniu znajomej sylwetki. Ale ona zniknęła.
Wsiadając do Express Hogwartu wciąż o niej myślał. W końcu ktoś taki jak ona, kto ma te szczęście, że posiada normalną rodzinę i normalnych przyjaciół… Nie powinien spędzać Świąt w szkole.
I ta wolność, możliwość podejmowania własnych decyzji. A nie przymus zdradzania tych, których się kocha. Zazdrościł jej wszystkiego.
Przełknął ślinę, czując że pieką go oczy. Wrzucił kufer na górę i usiadł koło okna. Starając się nie myśleć o niczym utkwił wzrok gdzieś w oddali za szybą, ale nie widział ani drzew ani oddalających się domów. Przed oczami miał jej uśmiech, który zawsze powodował, że sam chciał się uśmiechnąć; jej oczy pełne blasku, które napawały go szczęściem… Zamknął oczy ale nawet wtedy nie mógł się wyzbyć Hermiony ze swojej głowy.
Chciał, żeby podróż minęła jak najszybciej, aby mógł wyjść i jak najszybciej ją odnaleźć. Chciał jedynie spojrzeć na jej twarz. W jej orzechowe oczy. Poczuć na swych palcach uścisk jej dłoni.
Naprawdę chciał, żeby podróż minęła jak najszybciej, ale czas jakby zwolnił swoje tempo, drwiąc z jego bezradności. To takie zabawne. Są w życiu czasem takie chwile, że czegoś pragniesz z całej siły ale nie masz żadnego wpływu gdy to się oddala.
„Weź się za siebie!” – pomyślał, gdy pociąg zaczął zwalniać a za oknem przewijały się znajome obrazy. Naprawdę łatwo to sobie powiedzieć. Ale co zrobić?
Póki co, Hermiona raniła go swą obojętnością. Poczuł dziwną falę chłodu. Chciał już być na peronie, czym prędzej wysiąść. Ale czas nie przyspieszył swego biegu. Ze stoickim spokojem mijał tak jak zawsze. I mimo tego, że rani; że czasem wbrew twojej woli płynie zbyt szybko, a gdy chcesz by już minął idzie powolnym krokiem… Nic na to nie poradzisz.
Uzależnił się od Hermiony, jak człowiek może uzależnić się od nikotyny. Z każdym dniem kochał ją mocniej, pragnął jej bardziej. Z jej uśmiechem świat nabierał barw, bez niej tracił całkiem swój kolor. Chciał by zawsze była przy nim i nigdy jej nie zabrakło. Coś jak miłość.
************
Z zamyślenia oderwał Hermionę pisk pociągowych hamulców. Wyjrzała zza okno, a na jej twarzy zakwitł uśmiech. Nie ma to jak Hogsmeade.
– Wingardium Leviosa – machnęła różdżką w stronę kufra, nie przestając się uśmiechać.
Niemalże w biegu wysiadła na peron. Zachodzące słońce rozlewało swe promienie na zatłoczonym dziedzińcu, muskało ją delikatnie po twarzy. Powoli, powoli chowało się za domkami miasteczka, a ludzie zaczynali rozchodzić się do domów. Gryfonka jeszcze raz rozejrzała się po peronie, ale niewiele Hogwartczyków wysiadło z expressu. W końcu jednak jeszcze są Święta.
Wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę najbliższego powozu. Zastanawiając się, jak dokładnie wyglądają testrale i czy warto być przy czyjejś śmierci aby ujrzeć te upiorne stworzenia, wsiadła do powozu.
Nie minęły nawet dwie sekundy, gdy drzwi otworzyły się.
Stał w nich Malfoy.
– Wolne? – spytał z tym swoim drwiącym, jakby przyszytym do twarzy uśmieszkiem.
Hermiona z irytacją rozejrzała się po pustym przedziale.
– Ślepy jesteś? Jest pusto.
– Chciałem tylko…
– To zastanów się, zanim zadasz kolejne ze swych mądrych pytań.
Draco przewrócił oczami i usiadł na wprost dziewczyny. Ta uparcie wbiła wzrok gdzieś za szybą.
– Hermiono… – odchrząknął chłopak. – Musimy porozmawiać. M u s i m y.
Dziewczyna westchnęła.
– Jeśli odczuwasz jakąś wewnętrzną potrzebę rozmowy, nie krępuj się, jestem do dyspozycji – odparła, nie odwracając wzroku od okna. – W każdym razie nie poruszaj tematu, który dotyczył by nas, mnie, śmierciożerców, twoich rodziców lub moich przyjaciół. Jasne?
– Wymieniłaś wszystko to, co chciałem właśnie poruszyć – prychnął Ślizgon. – I nie obchodzi mnie to, że nie chcesz słuchać, bo ja muszę ci to wszystko powiedzieć.
Gryfonka nie zastanawiając się długo wyciągnęła różdżkę z kieszeni szaty i wycelowała prosto w twarz chłopaka.
– Jedno słowo, a trafię cię czymś naprawdę okropnym…
– Wal śmiało. To na pewno lepsze od wszystkiego, co do tej pory przeszedłem.
– Jesteś niemożliwy, Malfoy.
– A ty niesamowicie uparta, Granger.
Patrzyli się na siebie przez chwilę, aż w końcu Hermiona cofnęła rękę a różdżkę położyła koło siebie.
– Mogę najpierw ja zadać ci pytanie?
– Proszę bardzo – odparł Draco, rozsiadając się nonszalancko na wszystkich trzech siedzeniach.
– Czemu wracasz na Boże Narodzenie do Hogwartu?
Zacisnął pięści i wycedził:
– Nienawidzę mojej matki. Więc wróciłem. Proste i bardzo sensowne.
– Och tak, rzeczywiście – Hermiona patrzyła na niego, marszcząc brwi. – Zostawiłeś swoją jedyną rodzinę samą na Święta w domu? Tyle przeżyła, najpierw…
– Nie wspominaj o ojcu. Jego też nienawidzę.
Powiedział to z takim spokojem, że zamilkła.
– Kochasz ich bardziej niż ci się wydaje – powiedziała po chwili i znów utkwiła wzrok gdzieś za szybą.
– A ty, mądralo? Czemu wracasz na Święta do szkoły? Chcesz przyszykować się do Owutemów? – zadrwił.
– Właśnie tak, Malfoy. Właśnie tak.
Prychnął, nie ukrywając irytacji.
– Od kiedy tak dobrze się uczysz?
– Zawsze dobrze się uczyłam. Dopiero TY to zepsułeś.
Ślizgon uśmiechnął się i odrzucił włosy z czoła.
– Taaa?
– Taaa.
– Niby dlaczego? – uśmiechnął się jeszcze szerzej, wstając i zajmując miejsce koło niej.
– Pamiętaj, mam koło siebie różdżkę – warknęła, nawet na niego nie patrząc.
– A ja myślę, że nie będzie nam potrzebna… – powiedział cicho, przysuwając się do jej szyi.
Hermiona poczuła jego ciepły oddech na swojej skórze i przeszył ją dziwny dreszcz. Zamknęła oczy i po chwili zdała sobie sprawę, że Draco wodzi ustami po jej szyi, a opuszkami palców przesuwa delikatnie po jej policzku. Z jednej strony bardzo pragnęła, aby jego usta znalazły się bliżej jej twarzy i ust, ale rozsądek mówił zdecydowanie co innego. W końcu pewnym ruchem odepchnęła go od siebie.
Blondyn spojrzał na nią, podnosząc jedną brew w górę.
– Coś nie tak?
– No raczej, Malfoy – prychnęła wściekle dziewczyna. – Jesteś bardzo inteligentny, naprawdę, że to zauważyłeś. Najpierw zakładasz się o mnie, później rozkochujesz, później próbujesz zabić a teraz, po długiej przerwie, znów uwodzisz?
– Zbyt dużo słów dla kogoś takiego jak ja… – wymruczał, ponownie się do niej przysuwając. – Ale sama przyznałaś, że uwodzę. „Znów”.
– Nie przeginaj! – warknęła, sięgając ręką po różdżkę.
Draco uśmiechnął się szeroko, gdy zmarszczyła czoło.
– Gdzie różdżka? – wycedziła ze zmrużonymi oczyma Hermiona.
– Oddam ci jeśli mnie wysłuchasz.
– Nie muszę cię słuchać. Mogę pójść do Dumbledore’a i powiedzieć, że pewien nadęty Ślizgon zabrał mi różdżkę. Nie powtórzę błędu z początku roku. I kto wtedy będzie górą?
Draco westchnął, milczeniem przyznając jej rację. Oddał różdżkę bez słowa, a gdy powóz zatrzymał się, wziął swoje rzeczy i po prostu wyszedł, nawet na nią nie patrząc.
Hermiona patrzyła za jego oddalającą się sylwetką, próbując za nim nie krzyczeć. Zapięła płaszcz aż pod samą szyję i starając się na niego nie patrzeć ruszyła szybkim krokiem przed siebie.
W tym odstępie doszli pod samą bramę Hogwartu, aż w końcu nie wytrzymała i wydarła się:
– Czekaj!
Malfoy uśmiechnął się pod nosem ale nie zwolnił kroku.
– Dra… Malfoy, czekaj…
Dogoniła go dosyć szybko i chwyciła mocno za ramię.
– Słuchaj, ja…
Ale Ślizgon nie chciał słuchać. Ze swoim drwiącym uśmieszkiem stanął, odwrócił się do niej przodem i nie zastanawiając się długo, przytknął delikatnie swoje usta do jej warg.
Zaskoczona otworzyła szeroko oczy. Była to chwila, zaledwie ułamek sekundy, gdy chciała sięgnąć po różdżkę, ale jej ręka jakby sama zmieniła swój tor i wylądowała na jego ramieniu, podczas gdy drugą objęła go w pasie. Kolejna sekunda, zupełne oddanie się przyjemności, moment w którym uczucia wzięły górę nad rozsądkiem. Nie wiedziała dlaczego to robi, milion krzyków w jej głowie nie dawało spokoju, skotłowane myśli pulsowały przy skroni.
W końcu Hermiona oderwała się, czując wciąż na ustach posmak jego warg.
– To są twoje wyjaśnienia?
– Część – przyznał z uśmiechem. – Tylko nie mów, że…
– …Mi się nie podobało? – weszła mu w słowo, kierując wzrok ku niebo. – Tak, znam tę śpiewkę. A teraz migiem, odnosisz walizkę i spotykamy się na dziedzińcu transmutacji. Jasne?
– Słuchaj, ja wiem, że ciężko ci…
– Po prostu odnieś bagaże – odparła. – I szybko na dziedzińcu – dodała, odchodząc w przeciwną stronę.
************
Wychodząc na dziedziniec cała zesztywniała. Było pusto, co było dziwne nawet jak na Hogwart podczas Świąt. Biała, puchowa pierzyna pokrywała niemalże całą ziemię a śnieg skrzył od jasnych promieni słońca, że aż bił od niego blask. Stanęła z butami w śniegu, pocierając dłonie o siebie i rozglądając się na boki.
W końcu z drzwi naprzeciwko wybiegł Malfoy. Przez chwilę poczuła dziwną frustrację, że nie widać po nim najmniejszego śladu, że dopiero co biegł. Jemu włosy nie kręciły się, twarz nie rumieniła, nigdy nie widziała na jego czole kropel potu. Był po prostu bóstwem, sprawiał wrażenie jakby nic nie sprawiało mu wysiłku. Ideał, ideał, ideał.
Otrząsnęła się i zrobiła krok w przód.
– Zdecydowałam się ciebie wysłuchać… A ty się spóźniasz?
– Zastanawiałem się tylko jak to wszystko powiedzieć – odparł cicho, podchodząc do niej. Jednak nie nachalnie, nie blisko. Zostawił jej kilka kroków odległości od siebie, dając jej swobodę. – I stwierdziłem, że to i tak nie ma sensu. Nie znam tylu słów. Zielonego pojęcia nie mam, jak wszystko wyrazić w słowach, całego siebie i wszystko to, co skrywa się gdzieś tam na samym dnie mojego pieprzonego ja.
– Możesz zawsze spróbować – szepnęła, podchodząc krok w jego stronę.
Ten jedynie uśmiechnął się i sam postąpił kawałek do przodu.
– Więc może zacznę jak najprościej. – wziął głęboki wdech i zaczął cicho: – Pewien palant, ale niesamowicie przystojny, wiesz… – (Hermiona cicho prychnęła) – …założył się z jeszcze głupszymi palantami o pewną świetną dziewczynę. Ale… – zamilkł, jakby szukając słów. – Później wszystko zepsuł, zakład stał się nieważny, bo jemu zaczęło zależeć. – popatrzył jej w oczy, jednak ona odwróciła wzrok. – Owszem, wszystkie słowa jakie do niej powiedział nie były jego autorstwa a wszystkie romantyczne zagrania, zupełnie nie w jego stylu, podpowiadał mu kolega, najgorszy palant – przyznał i skrzywił się, wspominając Blaise’a. Znów westchnął i ciągnął spokojnie: – I cóż, jakoś stało się… Odkryła prawdę… Nie chciała… A może nie mogła?… W nic uwierzyć. Cóż. Ale jemu naprawdę zależało. – przerwał na chwilę, nie będąc pewnym czy wszystkie te słowa wyszły właśnie z jego ust. Były to jego własne słowa kierowane gdzieś z głębi siebie, szczera prawda, bez żadnych ubarwień, zbędnych ozdobników. Szczera, może nawet i bolesna ale przynajmniej prawda. – A później cała zgraja Śmierciożerców kazała mu ją porwać – zaczął ponownie. – Nie wiedział dlaczego, po prostu musiał to zrobić. Dlatego, że… – zamilkł i spojrzał gdzieś w bok. – Powiedzieli, że mnie zabiją. Zrozum, ja musiałem. Ja…
Ale Hermiona pokręciła głową i ukryła twarz w dłoniach.
– Jestem taki młody! – usprawiedliwiał się Draco, chwytając dziewczynę za ramiona. – Naprawdę bałem się śmierci… Tak, jak niczego innego.
Gryfonka spojrzała na niego, czując, że oczy zachodzą jej łzami.
– Ty… Ty tchórzu.
– Ja… Musiałem to zrobić, żeby później cię uratować!
– Gdybyś mi to wszystko wcześniej powiedział… Jakoś dalibyśmy radę! – powiedziała a ręce jej drżały.
– Musiałem to zrobić! Zabiliby mnie, Hermiono!
– Wolałabym oddać życie niż poświęcić kogoś z moich przyjaciół! – warknęła z oczami pełnymi łez. – A ty wolałeś żyć. Żyć sobie w szczęściu, wiedząc, że zawsze będziesz żył. Bo masz za sobą całą armię Śmierciożerców. Wygodne, co?
– Ale… – Draco przysunął się do niej, nic nie rozumiejąc. Tak bardzo chciał żeby mu uwierzyła. Wtedy wszystko wróciłoby na miejsce. – To nie tak… Ja musiałem!
– Wszystkie te słowa… Wszystkie momenty, pocałunki, prezenty… – Hermiona cofnęła się i spojrzała gdzieś na swoje buty. – To wszystko Blaise. On tobą kierował. Nigdy nie pojąłeś znaczenia tych słów!
– Owszem, mówiłem je do ciebie ale ich znaczenie nie było do ciebie kierowane.
– Widzisz…
– Ale to było dawno! – krzyknął, przerywając jej. – Teraz z ręką na sercu mógłbym powtórzyć wszystkie te słowa w twoją stronę, w dosłownym i przenośnym ich znaczeniu!
– Nie potrzebuję ani twoich przyrzeczeń ani ciebie. – ze łzami w oczach dziewczyna odwróciła się i odeszła, chwiejąc się na nogach.
Malfoy wsunął ręce do kieszeni i patrzył za odchodzącą dziewczyną, czując jak mokre i zlepione spadającym śniegiem włosy przylepiają mu się do czoła.
– Wiązała mnie Śmiertelna Przysięga! Gdybym jej nie wypełnił, zginąłbym!
Zatrzymała się tuż przed drzwiami z ręką na klamce. Niepewnie cofnęła dłoń, jednak nie obróciła się i wciąż milczała.
Dlaczego nie mogła zrozumieć jego tak trudnej sytuacji? Łatwo powiedzieć komuś o poświęceniu; komuś, kto z całej siły walczy o swoje życie. Ale… Czy naprawdę łatwo jest poświęcić całego siebie dla życia innej osoby, nawet ukochanej osoby? Czy każdy może powiedzieć z ręką na sercu, że w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa właśnie tak by postąpił?
Chłopak podbiegł do niej. Objął mocno, jakby chciał nigdy jej nie wypuścić i szepnął:
– Proszę… Postaw się w mojej sytuacji. Musiałem to wypełnić.
– Śmiertelna Przysięga? – spytała dziwnie drżącym głosem Hermiona. – My… Myślałam, że ją wycofali… Ale ja byłam pewna, że… Czytałam o tym!
– Śmierciożercy wciąż się tym posługują. – Malfoy zamknął oczy. – Wiesz, co w tym wszystkim jest najgorsze? Nie masz żadnego określonego terminu. Po prostu musisz to zrobić. Jeśli będziesz miał najmniejsze wątpliwości co do wykonania zadania… Po prostu… To po prostu…
– Umierasz… – szepnęła. – Powoli, tak jakby ktoś cię dusił…
– Więc błagam… Robiłem wszystko co mogłem, opóźniałem, byleby ktoś tylko cię uratował…
– Słuchaj. – Hermiona oderwała się od niego i poczuła, że po policzkach spływają jej łzy. Nie potrafiła dłużej ich skrywać. – Ja… Wierzę ci naprawdę…
– Wierzysz? – Jego oczy rozbłysły i po raz pierwszy widziała w nich coś… Coś innego. – Słuchaj… Nie płacz, wynagrodzę ci to wszy…
– Nie, Malfoy – przerwała mu, odsuwając się o krok. – To, że ci wierzę nic nie zmienia… – skłamała cichym tonem. – Nic.
Draco nie odezwał się. Zmarszczył czoło i patrzył na nią w milczeniu.
– Bo… – przełknęła ślinę, brnąc dalej. – …nie czuję do ciebie tego, co wcześniej. I… Ja…
Nie potrafiąc ciągnąć dalej sieci kłamstw, zamknęła oczy i pozwoliła łzom swobodnie spłynąć po policzkach.
– Kłamiesz – odezwał się w końcu Malfoy, nawet na nią nie patrząc. – Nie chcesz się przyznać. Jak zwykle.
– Do czego przyznać?
Zaklął głośno.
– Do tego, że mnie kochasz, Hermiono!
– Bo nie kocham! – krzyknęła histerycznie, niemal dławiąc się łzami. – Nie znaczysz już dla mnie tyle, co wcześniej! Nie jesteś tą samą osobą, zrozum…
– A ty znaczysz dla mnie bardzo wiele. Jeśli to teraz zaprzepaścisz… Nie będzie powrotu – syknął, a jego oczy, dopiero co pełne blasku, na powrót stały się zimne i niedostępne.
– Nie chcę do c-ciebie wracać już n-nigdy więcej… – zatrzęsła się, chlipiąc. Nie chciała mu pokazać, jak bardzo cierpi; nie chciała okazywać swojej słabości w postaci tych małych przeklętych słonych kropel, które spływają zupełnie nie w tych momentach co trzeba. Ogarniało ją dziwne uczucie, coś pomiędzy smutkiem, wściekłością a bezradnością.
Malfoy spojrzał na nią spode łba.
– Więc cały czas chciałaś mi powiedzieć, że po prostu mnie nie kochasz, tak?! – ryknął niespodziewanie. – A dzisiejszy pocałunek nic dla ciebie nie znaczył?!
Pokręciła głową, kryjąc twarz w dłoniach. Nie miała siły, żeby cokolwiek odpowiedzieć, odszepnąć. Wzięła głęboki oddech lecz wciąż milczała.
Draco chwycił dziewczynę za ramiona i mocno potrząsnął. Była pewna, że zostaną jej po tym jakieś sińce.
– Czemu się boisz?! – krzyknął rozpaczliwie. – CZEGO się tak boisz, Granger?! Uczucia?! Opinii innych?! To tylko głupie… – zamilkł nagle. Westchnął po czym uśmiechnął się krzywo i uniósł jedną brew do góry. – Spójrz na mnie.
Gryfonka pokręciła głową, wciąż zasłaniając twarz rękoma.
– Spójrz na mnie do cholery!
Nie potrafiła już dłużej się opierać, oderwała dłonie od oczu i spojrzała na niego, cała we łzach, w rozmazanym makijażu.
– Zadowolony?
– Popatrz mi w oczy.
Posłuchała. I właśnie to zabolało ją najbardziej, to spojrzenie, te stalowe, zamknięte na klucz tęczówki…
A on nadal się uśmiechał.
– Boisz się miłości, prawda? Boisz się, że cię zranię, że będzie tak jak było.
– Tak – szepnęła Hermiona zrezygnowana. – Boję się miłości, miłości czyli ciebie. Wiesz o tym? Że mogę oszukiwać ciebie i siebie samą, ale uczuć nie oszukam…
Oboje zamilkli. Ona spojrzała gdzieś w bok, a on spojrzał jej w oczy, nie przestając się uśmiechać. Przysunął się o krok, a ona zadrżała, niepewna tego, co jej miłość chce uczynić. Jej miłość… Jej szczęście, jej sens życia, a zarazem jedyny trujący gaz, jaki najbardziej namieszał w jej powietrzu przysuwał się coraz bliżej, chwycił jedną dłonią jej podbródek i skierował jej twarz ku sobie.
– Obiecuję ci, że się zmienię. Nie do końca może ale… Nie zranię cię.
Ucałował delikatnie jej wargi, wsuwając drugą wolną dłoń w jej poskręcane włosy.
– Już nigdy więcej.
A ona nie potrafiła się dłużej opierać. Przysunęła się do niego, napierając na niego całym ciałem, łapczywie smakując jego warg, dłońmi mierzwiąc blond kosmyki. Ten powiew namiętności rozwiał wszelkie podmuchy głosu rozumu czy zdrowego rozsądku. Otworzył drogę jej sercu.
Całowali się coraz namiętniej, coraz mocniej, nie liczyło się nic, tylko oni dwoje, ich przyspieszone tętna.
I wtedy wiedzieli, że będzie dobrze. Że ich uczucie pokona wszelkie przeszkody, bo jeśli tylko będą razem, odważnie stawią czoła innym. Czy powinniśmy słuchać serca czy rozumu? Oni postanowili słuchać pierwszego, co całkowicie tłumaczy ich zachowanie. Jeśli się zastanowić… Gryffindor i Slytherin to zupełnie jak jasność i mrok, ogień i woda… Dwa przeciwieństwa, które odpychają się jak niezgrane magnesy, które nigdy nie powinny się połączyć.
Lecz w tym momencie para całująca się na środku dziedzińca transmutacji nie myślała o niczym. Jedynie o swojej wielkiej miłości. Wielkiej, nieskończonej, bezgranicznej miłości. Uczuciu, które buduje nowe, zupełnie inne życie. Życie z drugą osobą.
Chcieli już na zawsze zostawić przeszłość za sobą, martwić się jedynie tym co jest w danym momencie. I cieszyć się chwilą, łapać te najpiękniejsze i nie pozwolić im uciec. Już nigdy.